Niebieskie miasto.

Ostatnia niedziela wakacji budzi się ze snu, bezchmurnym niebem obiecując plażową aurę. Lazur wlewa się przez okna, rozświetlając powoli świat blaskiem naszej kochanej gwiazdy dziennej. Słoneczko mocno dzisiaj wstało. Upał dołączywszy do szeregu, pogania rtęć w termometrze: wyżej i wyżej. Pięknie! Co zrobić z tak łaskawym pogodowo dzionkiem?

-Jezioro, piasek, natura – mamroczę nieśmiało.

-Idziemy do kina na 10.30 – oznajmia rzeczowo Aga. -Najświeższy film Tarantino, sam chciałeś.

Jęknąłem smętnie, nie potrafiwszy powstrzymać wyrazu bólu.

-A potem?

-Idziesz do pracy, masz dziś drugą zmianę. Przygotowałam ci kanapki ze szpinakiem.

Bogowie, za co?

Ubrawszy na znak protestu wobec losu tak okrutnego krótkie gatki, w miłym towarzystwie czekam na autobus. Fata rzuciły nas na seans do Błękitnego Grodu. Zjawiskowy ów przybytek wznosi się dumnie na obrzeżach centrum, witając ogromną kopułą przyjeżdżających od strony Krakowa, tudzież Ślunska. W swoich trzewiach kryje kompleks sal kinowych Helios (słońce!) oraz inne przybytki rozrywki i konsumpcji. Zaleci parafialnością, lecz trzeba się przyznać: odwiedzamy to miejsce pierwszy raz.

-Spóźnimy się – kraczę złowróżbne, gramoląc się z autobusu.

-Musiałoby nie być reklam.

-Niech będą, byle krótkie.

Zbliżamy się do ogromnego gmachu, podziwiając ogromną, niebieską skorupę. Gdzie to wejście?

-Tu, bo są jakieś drzwi.

-Ale tak z boku?

Sprawdźmy.

-To nie tędy – oświadczam głosem co najmniej przewodnika z tajgi – tu rośnie zielsko w szparach, patrz, jak zaniedbane.

Agnieszka milcząco pokazuje mi napis „Wejście do galerii” ozdobiony gustownymi kropkami. Drzwi wyglądają na nieużywane od wizyty Obamy. Ustępują jednak i wchodzimy do budynku. Korytarz nie widział farby od powstania, a ekipa sprzątająca nie uważa go raczej za godnego uwagi.

-W prawo – mówi moja towarzyszka.

-W lewo – koryguję, wiedziony niezawodnym instynktem globtrotera.

Idziemy oczywiście w prawo. Drogę wskazują te biegnące ludziki na zielonym, zatem spodziewam się, że raczej wychodzimy, niż wchodzimy. Na szczęście znów pojawia się drogowskaz z kropkami. Skręcamy jeszcze dwa razy w lewo, raz w prawo, pokonujemy małe schodki i otwieramy kolejne drzwi.

Już tu byliśmy.

Waham się pomiędzy użyciem nitki z jakiegoś kłębka, a rysowaniem znaków na ścianach. Agnieszka jest nowocześniejsza.

-Mam kompas w telefonie.

Idziemy za wskazaniem kierunków świata. Galeria powinna znajdować się na południowy wschód od nas. Korytarz ma inne zdanie na ten temat. Gryzę się w język i nie proponuję przebicia muru. Z naprzeciwka nadchodzi para.

-Którędy do wyjścia? – Pytają z lekkimi oznakami paniki.

Przez kilka minut trwają próby tłumaczenia wzajemnego. Niezbyt im ufam, a oni też na zachwyconych naszymi wskazówkami nie wyglądają. W końcu rozstajemy się, życząc sobie szczęścia. Więcej ich nie widzieliśmy.

Pokonawszy jeszcze kilka zakrętów labiryntu, stajemy nagle przed drzwiami z napisem „wyjście”.

-Dobra – próbuję robić dziarską minę – wyjdziemy i obejdziemy budynek naokoło w poszukiwaniu głównej bramy.

Aga naciska klamkę i przekraczając próg lądujemy na wprost punktu informacyjnego w głównym holu. Jaja.

Reklamy trwały ponad dwadzieścia minut. Jedną puścili dwa razy. Ale czyż Tarantino nie jest wart wyrzeczeń?

Kanapki smakowały mi wybornie. Po tak udanej niedzieli, z błogością witam nowy tydzień.

Lubię poniedziałki.

O filmie słów kilka nabazgrzę w środę

Łukasz Klaś

***

***

Łukasz Klaś

1 thought on “Niebieskie miasto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *