Białystok.

Drzwi otworzyły się z chrobotem starych zamków i starsza pani o mało nie została stratowana przez wnuczkę.

-Babciu, babciu, było pięknie! Tyle ludzi i kolorowo i ptaki i lampa, a nawet organy w fifkamoni!

Kiedu już uściskom i powitaniom stało się zadość, zasiedliśmy do kolacji, takiej po babcinemu nie ma zmiłuj. Kaloriofilstwo. Lecz tak wszystko smakowało, że z przyjemnością snuliśmy opowieść jak najdłużej. Gospodyni słuchała, a Sufcia energicznie przytakiwała główką i tylko trzy razy wylała na siebie deser.

-Tylko powoli i dokładnie – zastrzegła babcia, pilnie bacząc, czy komuś dno z talerza nie prześwituje.

***

Wyjechaliśmy świtem bladym, aby zdążyć na wszystko. Tak się nam udało zebrać, że jeszcze na poranne zorze przedsłoneczne się załapaliśmy, ufając, że Sufcia dośpi na tylnym siedzeniu. Gdzie tam. Jak skowronek obudzony rankiem, zajmowała sobą cały świat. A tyle za oknem miga rzeczy ciekawych, wzbudzając a co to? A dlaczego? A skąd? Pruliśmy wprost na wschód słońca, więc szczęśliwe skojarzyło mi się hasło promocyjne „Wschodzący Białytstok” i dalej już poszło, acz zaspokojenie ciekawości Sufci to sprawa wymagająca potu. Zatem dlaczego słonko jest tu, a nie tam, skąd droga taka szeroka i kiedy będzie wreszcie ten Białystok. I bociany, bo te miała obiecane z dawna, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Jak się klekotodachy jakieś na wyjeździe nie napatoczą, to ona mnie zamęczy. Chwilowo poratowały nas sarenki na łące, przy których mała wymusiła zwolnienie jazdy. Wspaniale się czujesz, jadąc wreszcie oddaną nowiutką ekspresówą siedemdziesiąt na godzinę. Na wolniej nie daliśmy się już namówić, za to poszedł temat rodzajów dróg, przepisów, znaków drogowych itepe. Świetnie wypełniło to czas, lecz skutkowało do końca eskapady pilnowaniem porządku przez małą diablicę: w życiu tak praworządnie nie jeździłem. Wszystko jednakowoż ma swój koniec i żegnając S8 wjeżdżamy do stolicy Podlasia. Krótki wykład geograficzno-historyczny o tej krainie został oczywiście wymuszony. Wysiadając z samochodu czułem już suchość w gardle.

Ruszamy wreszcie per pedes, kierując się w stronę rynku. Naszemu aniołkowi główka kręci się jak na śrubce, nie przeszkadzając rzecz jasna w zadawaniu pytań. Czas na wykład o architekturze, lecz to nie ja. Nagle następuje chwila ciszy.

O nie. Na horyzoncie objawia się zgiełk, tłum, kolorowo i zamieszanie.

O tak. Sufcia takich okazji nie przepuszcza.

Pchli targ. Zabytki muszą poczekać.

Snujemy się pomiędzy kramażem, dziękując w duchu Sufci za znakomity pomysł. Jeśli Białystok pawi się jako miejsce styku kultur, religii i narodów, to na tych kramach widać to najlepiej.

-O! – Mówi Sufcia.

Już wiadomo, że w tym miejscu zabawimy chwilę. Stoisko aż się mieni od różności, ale sprzedawca! Ho, to od razu wyczuwamy niecodzienność, nie potrzebując nawet instynktu dziecka. Już po odejściu wszyscy zgodnie go nazwaliśmy: Wernyhora.

Sufci aż się oczka trzęsą do takich bogactw, lecz dzielnie staje na wysokości zadania, dzieńdobrując jak się patrzy. Wernyhora spogląda przyjaźnie; w nagrodę zostaje wnet zasypany szybkostrzałem: a skąd pan to ma? A ile kosztuje? A pan jest stąd? A czemu pan sprzedaje? A co to jest? A to do jedzenia?

Starzec uśmiecha się dobrotliwie i zaczyna opowieść o swoim zbiorze. Osiąga wynik rekordowy: Sufcia milknie na 11 minut i 37 sekund. Mierzone na zegarku biegowym.

Opowieść Wernyhory.

Albo nie. Opowieść Wernyhory pójdzie na osobny wpis. Kto ciekawy, poczeka.

Fot. Mieczysław Marczak

-I tak skarby znalazły się na straganie w Białymstoku – kończy nasz gawędziarz. -Podoba ci się ta lampka, prawda? -Zwraca się do Sufci.

Nietrudno było się domyślić, bo mała pożerała ów przedmiot wzrokiem od kilku chwil.

-Masz – starzec z powagą wręcza prezent Sufci – to dla ciebie, bez pieniędzy.

Próbujemy protestować, lecz Wernyhora nie ugina się. Aby ratować honor wielkowarszawski nabywamy jeszcze parę artefaktów, bez żalu zresztą. Sprzedawca skóry z nas nie zdziera, a wybór ma przeobfity.

-Ta lampka przyjechała z miasta w dalekich górach zza Arabii – mówi Wernyhora. -Ocalała z wielkiej katastrofy. Opowiem ci jak następnym razem mnie odwiedzisz – uśmiecha się do Sufci.

Dziewczynka tuli do piersi swój skarb i żegna nowego przyjaciela oczami.

***

Nadchodzi czas na łono natury. W planie zabukowano solidny spacer w Rezerwacie Zwierzynieckim, posiadającym dla Sufci dodatkowy powab: tędy prowadzi trasa białostockiego parkrunu. Nasza podopieczna pretenduje do miana znawcy różnych lokalizacji w Polsce. Nie wiem zupełnie, skąd jej się to bierze. Wyjątkowo rozgarnięte dziecko. Posiada znakomitą pamięć. Potrafi wymienić wszystkie parkruny, które mam w planach pobiec.

Przyrodę spotykamy na śmietniku. Rezerwat musi poczekać.

-O – mówi Sufcia, zatrzymując się. – A!

Ma rację. Mural namalowano przepiękny. Kolory grają i świecą, świeżość natury błyska. Żołny magnetyzują hipnotycznie wręcz.

Fot. Zbigniew Piszczatowski.

-To chyba rajskie ptaki z Afryki?

Serwuję dłuższy wykład. Sufcia – a nie tylko ona – nie może uwierzyć, iż takie klejnoty fruwają pod polskim niebem. W przeciwieństwie do boćków, żołn nie mogę jej obiecać. Na pewno nie zobaczymy ich dziś, a kiedyś… Zobaczymy, co zobaczymy. Nie przeszkadza to jej w rezerwacie (bo dotarliśmy w końcu i tam) wypatrywać rajskich ptaków w koronach drzew. I proszę, spostrzegła wilgi. Sufcia staje się ulubienicą fortuny. To bardzo trudne ptaki do obserwacji. Niektórzy miesiącami za nimi chodzą. Lecz w Białymstoku szczęście czyha wszędzie.

I dobrze.

***

Filharmonia i Opera robi wrażenie kapitalne. Takie miejsce, łączące w najlepszy sposób tradycję klasyczną wręcz z nowoczesnością, stanowi ozdobę miasta. W tym gmachu nikt nie śmie wspomnieć o prowincji. Jedno, że muzykę aż widać w powietrzu, ale liczba technicznych rozwiązań także imponuje. Dodajmy do tego otoczenie, zaaranżowane kompleksowo, amfiteatr, a otrzymamy perełkę sztuki. Miasta nie posiadające takich przybytków, wstydźcie się. I wysyłajcie swych włodarzy do stolicy Podlasia. Niech zobaczą: da się.

Sufci najbardziej podobały się organy. Dla dzieci rozmiar ma znaczenie, a poza tym zna już temat z Kamienia Pomorskiego. Tam jest dostojnie staro, omszale; tutaj – dzisiejszo, wcale nie gorzej. Inaczej.

Tutaj nawet wiaty zielenieją optymistycznie.

***

Opuszczamy Białystok, wjeżdżając na S8. Nad nami kołują dwa boćki.

-Suf…

-Cii, ona śpi.

-Patrz, ten ptak ma uszkodzony dziób. Biedak.

-Da sobie radę. Wyrośnięty i świetnie lata.

-Szkoda, że Sufcia nie widzi.

-Sen ważniejszy.

***

-Wnusiu, a boćki widziałaś?

-Widziałam, babciu. W Białymstoku. Latały nad nami, a jeden miał urwanego dzioba, ale on sobie poradzi.

Łukasz Klaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *