Raport tatrzański.

Obudowawszy weekend piątkiem i poniedziałkiem, wyruszamy w górski nasz skarb narodowy, aby pochodzić, pobiegać, napatrzyć, oddychać. Odżyć. Zakopane wita, smogiem nie strasząc. Sery się wędzą.

Obrawszy za bazę schronisko na Hali Ornak, podchodzimy Doliną Kościeliską. Ćma ludzka gwarzy wokół, lecz nie ma co: zachwyt z obu zboczy wisi w powietrzu. Skały, skały grają. Zieloność mnoży odcienie. Potok burczy i tyloma barwami epatuje, iż zostawiam to niedopisane. Woda mieni się strukturą. Wije wici, spada kaskadą, kręci wirażem, kropli pył w powietrzu, gna, burzy, woła. Pandemonium nurtu.

Schronisko tuż i pomimo tego potoku piwo dają.

Grzbiet Ornaku, w tle Kominiarski Wierch.

***

Wybiegamy na lekki trening, chcąc te wszystkie historie o wysokości w ruch wprawić. Kenijczycy itede. Dobrze się kręci nogą w takich okolicznościach. Serwują powietrze czyste bez zastrzeżeń, szumiąc dorodnym lasem. Ścieżka prowadzi sama. Naturalnie i z małym wysiłkiem mijają górki i dołki, wchodząc przecież w mięśnie. Płuca nas błogosławią. Docieramy czarnym szlakiem nad Smreczyński Staw, dokładając na zwieńczenie kilka tempówek. Treningowa ekstaza.

***

Krywań ściąga obłoki.

W każdym z nas tkwi troszeczkę zdobywcy. Taki mały eksploratorek, który wykazałby się przy zdobyciu bieguna. Niestety, biegun już zdobyty, zatem tylko na swoje konto zaliczamy wyzwania. Jak już stoimy kwaterą u stóp, musimy najwyższy szczyt Tatr Zachodnich osiągnąć.

Królowa Tatr Zachodnich.

Ruszamy turystycznie na Bystrą, mozolnie pnąc się wpierw na Ornak. Szczyt to graniasty, zawierający kilka wypiętrzeń; myli zaliczaczy. W okolicy szamocze się kilka grup, miotających obelgi na okoliczność braku tabliczki. Zarząd szczytów tatrzańskich się nie spisał.

Im bliżej jej wysokości Bystrej, tym wokół przestrzennieje, strasząc urwiskiem, wabiąc widokiem. Doliny śmigają w dół, poprzecinane piargami jeszcze śnieżnymi. Kotły ogromnieją, skalą gigantów ze zdziwieniem spoglądając na ludzkie mrówki drepczące. Sapiemy wzwyż. Na szczycie, o dziwo, zastajemy flagę Polski, choć to wszak słowacki szczyt. Podziwiamy panoramę, a wśród ośmiu osób na czubku sami Polacy, to może dlatego ten sztandar powiewa. Dzięki temu zdjęcia wychodzą wręcz ewerestowsko. Świat z wysokości 2248 metrów wygląda lepiej.

***

Świstaki rządzą.

W Tatrach naszych kochanych nie dostrzegamy alertu ekologicznego. Gdzie trzeba, stoją toj-toje, gdzie muszą, śmietniki. Segregują. Pani idzie i odpadki zbiera, specjalną łapaczką operując. Brawo jest. Na szlaku i śmiecia nie uświadczysz. Przyroda kwitnie i to dzika, tuż obok człowieczych dróg. Z daleka widzimy kozice, rodzina kruków nie boi się nic a nic, a świstaka to pierwszy raz zobaczyłem. Tylko misia nie ma i dobrze.

Istnieje nadzieja dla tej krainy.

***

Ruszamy mocniej biegowo na Czerwone Wierchy. Pogoda łaskawie nas wita, a trasa oferuje różnorodność podłoża. Podbiegamy w miarę, w dół ostrzej szurając. Nogi otrzymują dawkę wysiłku, kształtujemy technikę, stabilizację i moc. Po drodze pokonujemy kilka odcinków śnieżnych, stanowiących w czerwcu nie lada atrakcję.

Co setny człowiek biegnie. Widać nas. Trawers Czerwonych Wierchów nie taki znów łatwy, wymusza kilka razy użycia rąk. Gleb zaliczamy w miarę, nawiązując kontakt z powierzchnią gór przedwieczną. Jesteśmy częścią natury.

Gloria in excelsis.

Łukasz Klaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *