Pięć kilometrów z balonem.

Bieganie zasadniczo należy do sportów indywidualnych, zdarzają się wszelako sytuacje, stawiające przed nami wyzwania drużynowe. Odstawiamy na chwilę wzniosłą samotność długodystansowca, gromadnie podążając do mety złączeni wspólnym celem. Wataha wilcza potrzebuje jednakowoż samca alfa na czele (lub też: owieczki mykają za baranem). Tu zaczyna się chlubna, piękna i wdzięczna rola pacemakera.

Siła TTT w drużynie. Tu przed Biegiem przez Most.

Mój klub Trucht Tarchomin Team współpracuje z uczelnią, zapewniając na Biegu SGH obsadę dyktujących tempo. Otrzymawszy w tym roku zaszczytną propozycję, z całą przyjemnością dałem się zrobić w balona. Od uprzejmych organizatorów otrzymuję numer, pozwalający prezentować dumnie piątki na piersi.

Podążam metrem na zawody, za towarzysza na słynnych siedzeniowych pięciopakach (lub sześcio- kwestia rozłożystości w biodrach i powyżej) mając wesołego pana, po którym widać, iż weekendowo lubi „depnąć”.

-Biegamy dzisiaj widzę! A gdzie?

-Naokoło Szkoły Głównej Handlowej.

-A gdzie to jest?

-Przy Polu Mokotowskim.

-Nie kojarzę. Która to?

-Ta z piramidą na dachu.

-Co mi tu kolega faraoni! Gadać wyraźnie…

-Naprzeciwko w Zielonej Gęsi piwo dają.

-A! Trzeba było od razu tak mówić.

Już wiecie, gdzie szuraliśmy. Lokalizować powinno się uwzględniwszy punkty pryncypialne życiowo!

Zającowanie przysparza odrobinę nerwów. Niby zapas mocy posiadam, trasę znam, zegarek działa, lecz odpowiedzialność za innych ciąży. Trafiła mi się grupa chętnych idealna: spokojna, rozsądna, posłuszna, a na trasie walcząca jak stado rozjuszonych lwów. Prowadzenie ich było przyjemnością.

Organizacyjnie wszystko zapięto na guzik, bez problemów grupujemy się w strefie i bach! – ruszamy za elitą. O dziwo, nie muszę niemal nikogo wyprzedzać. Jacyś wyjątkowo zdyscyplinowani zawodnicy w niedzielę startowali, ustawiając się grzecznie w swoich przedziałach. Pochwała!

Wszyscy równo ustawieni na starcie; my zaraz za elitą. Start.

Zasuwamy raźno po mokotowskich brukach i asfaltach, mijając precyzyjnie rozstawione znaczniki kilometrów. Balon dynda na przezornie skróconej lince, pukaniem w głowę przypominając o regulowaniu tempa. Grupa walczy dzielnie i równiuteńko trzyma prędkość.

Wynik 20:00 na pięć kilometrów jest dla wielu ambitnych, trenujących amatorów, wartością istotną. Tutaj zaczyna się bieganie z magiczną cyfrą 3 z przodu na tempomacie.Stanowiąc pokusę elitarności, zachęca do kształcenia ciała i ducha.

Zbliżają się wyczekiwane znaki stacji metra i wpadamy w ostatni wiraż. Ryczę jak stado bawołów afrykańskich, zachęcając do wysiłku na finiszu. Brawo! Kilkunastoosobowa gromada przecina linię mety a na zegarze wciąż „19” z przodu! Jestem dumny jak stado pawi kongijskich. Nikt nie odwraca się zadkiem, wszyscy gratulujemy sobie i dziękujemy wzajemnie. Pokój i radość gości w naszych duszach, a z dala błyska zachęcająco Zielona Gęś.

Zachęcam Was, mili, do zającowania. Odpowiedzialność troszkę przytłacza, lecz satysfakcja na mecie jest przeogromna. Nie ma lepszej nagrody, niż wdzięczność i uśmiech zawodników po pobiciu życiówek. Nie musicie od razu rzucać się na głęboką wodę. Raz w miesiącu można chociażby wcielić się w rolę pacemakera na parkrun Pole Mokotowskie. To niedaleko, po drugiej stronie Zielonej Gęsi. 😁

Jeszcze raz dziękuję i gratuluję mojej wspaniałej grupie. Wyrazy uznania składam też wszystkim uczestniczącym w wydarzeniu, a specjalne pozdrowienia dla Piotra, z życzeniami zdrowia.

Do zobaczenia za rok.

Łukasz Klaś

2 thoughts on “Pięć kilometrów z balonem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *