Lubię poniedziałki…

Świat się zmienia.

Łopoczą na wietrze chorągwie przemijania. Strumienie promieni słonecznych ogrzewają błękitną kulkę, małą piłeczkę krążącą frywolnie w bezkresnych przestrzeniach kosmosu. Z każdym obrotem planety ewoluuje też ludzkość i jej osiągnięcia, nie wyłączając najdoskonalszych.

PKP.

Czy Poczta Polska dorównuje choć trochę? Gdzie tam, na poczcie nie ma tak wspaniałych toalet. Samymi spóźnieniami tego nie nadrobi. Pociągi rządzą. Doskonalą ofertę systemem: dwa kroki w przód,  dwa kroki w tył. Pierwszą fazę zdarza się im pominąć. Wzbogacają rzeczywistość, wypełniając ją siurpryzami o nieodpartym uroku. Kocham to.

Pierwszym dniem tygodnia na Dworcu Głównym w Krakowie megafony słodkim aksamitem anonsują spóźnienie pociągu o… około 19 minut.

I Chopinowi zdarza się spóźnić.

Hm. Okrągłość tej liczby rzuca na kolana. Skład jedzie z Pragi (czeskiej) na Pragę (Warszawa Wschodnia) co skłania do zadumy nad zapętleniem czasoprzestrzeni. A może bracia południowi sąsiedzi jakąś specyficzną jednostkę wymyślili? Kwadrans czeski? Chyba, że pociąg zabłądził i między Pragami w ogóle nie powinien się w Krakowie znaleźć. Całkiem możliwe.

Spóźnienie – ale dokładne. Brawo.

Słychać zgrzyt i lokomotywa z wagonami błyska porozumiewawczo światłami, wtaczając się na peron. Spóźniona dokładnie o dziewiętnaście minut.

Zapłaciwszy za bilet połowę ceny obowiązującej zwykle w IC,  bez rezerwacji, spodziewam się wygód korytarza. Tymczasem otrzymuję wybór ogromnych, składanych (!) foteli, okiennie lub przyprzejściowo, wedle życzenia. I love PKP, i love życie.

Z okien pędzącej strzały świat wygląda kusząco i energicznie. Prędkość.

Wygodami podróż się toczy, widoki wspaniałe i prąd w gniazdku płynie. Rozwalony niczym sabaryta na olinkluzywie jakimś, nabazgrawszy klawiaturowo o kolejnych poniedziałkach i piątkach, czuję syndrom wypełnienia. Zatem eskapada do WC. Jak będzie? Wesoło.

Wstąpiwszy w progi pierwszej toalety spotykam bezpieczną normalność: nie ma papieru, wody, czystości, mydła; jest zapach (eufemizm naciągnięty do granic wytrzymałości półprawdy), napisy i wypełnienie wykluczające użycie, bo spłuczka na urlopie. Wychodzę, jeszcze będzie na mnie. W kolejnej panuje czystość, mydło (pudełeczka!) szczerzy zęby, woda szumi krystalicznym nurtem w umywalce i w wiadomo czym, jest papier (różowy), ręczniki bielutkie o fakturze muślinu. Patrząc naokoło, czy służący się gdzieś nie czai, korzystam i szlifuję angielski, niemiecki, rosyjski i francuski. Jednak myśl powraca: Klaś, co ci nie pasuje w tym obrazie? Przykładam dłoń nad wywiew, potwierdzając podejrzenie. Uff, honor kolei uratowany, w WC musi coś zgrzytać. Włączone ogrzewanie, przy tych upałach. Ryspekt.

Zajmując się hejtem niegodnym, przeoczam przyspieszenie: nadrabiamy. Meldujemy się punktualnie, likwidując okrągłą dziewiętnastominutową nieścisłość. Zabierając lodówkę ze słoikami odszczekuję pod nosem (tchórz), jednak czujna pani w kapelusiku wyłapuje ferment behawioralny, mrucząc pod nosem o niedorozwojach mówiących do siebie. Należy mnie się, zaiste.

Kochaj i nie narzekaj. Dobro wraca.

Postawiwszy stopy na bezpiecznej betonowości peronu kątem oka z obawą (a może właśnie z nadzieją) sprawdzam, czy to ta Praga. Na szczęście niestety ta.

Lubię poniedziałki.

4 thoughts on “Lubię poniedziałki…

  1. Taa, u mnie teraz… 105 minut opóźnienia, zapowiedzi brak, po 10 min. ewakuuję się na autobus, pół godziny w plecy… Kocham… te felietony
    😉

  2. Kolej i zbrodnia. Dziewiętnastowieczna kolej francuska „gra” w powieści „La bête humaine” („Bestia ludzka”) Emila Zoli. A z pozycji bardziej rozrywkowych – „Morderstwo w Orient Expresie” Agathy Christie 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *