O co biega w Karkonoszach. ☺

Nam, krakusom z urodzenia, brakuje nieco w warszawskich stronach gór, dlatego zaplanowaliśmy wypoczynek czasu feryjnego wśród dzikich skał i strzelistych wierchów. Oczywiście, uwzględniliśmy w swych planach tereny do treningu. Nie jedziemy przez pół Polski dla przyjemności, lecz by formę wykuć. A najlepiej udaje się to w górach (patrz piątkowy wpis). Zahaczywszy po drodze o parkrun Lubin (patrz sobotni wpis) miękko wylądowaliśmy w Karpaczu. Perła polskich Sudetów przywitała nas wiosenną aurą, pochowawszy śnieg po zakamarkach i zaułkach.

Miasto prezentuje niestety (?) dosyć typową dla tego typu miejscowości  zabudowę, strasząc gdzieniegdzie prawdziwymi kombinatami wczasowymi. Ulokował się Karpacz pięknie krajobrazowo, wrzynając głęboko w stoki najwyższych karkonoskich szczytów. Wyciągi zaczynają się dosłownie w mieście. Jest mało regionalnie (bar Bosman), nieco plastikowo na deptaku, ceny skalkulowane na racjonalne oskubanie przyjezdnych. Biedre mają, maka nie. Na ulicach dosyć czysto, ludzie obsług wszelakich uprzejmie o wszystkim informują.

Ruszamy na Śnieżkę.

***

Wyekwipowani na lekko wybiegamy z willi Zimorodek, planując zdobycie Królowej Sudetów przez Przełęcz Sowią. Na dole wiosna, początek czarnego szlaku wiedzie miejscami słabe błotko, gdzie indziej płachcie lodu oferując. Na wysokości 700 m słyszymy śpiewającego samca zięby!

Przy Szerokim Mostku udzielamy pomocy turyście klęczącemu w śniegu; zasłabł nie na żarty. Wykonujemy niezbędne czynności i czekamy na służby ratownicze; GOPR nie zawodzi i wkrótce fachowcy przejmują starszego pana, dziękując nam za postawę. Wniosek na przyszłość: od razu dzwonić, jeśli sytuacja wydaje się dziwna. My tutaj z daleka zastanawialiśmy się, czy ktoś się modli? Medytuje? Góry są groźne…

Jeszcze pod przełęczą zaczyna się zima, lecz temperatura wciąż wskazuje plus.

Mijamy schronisko Jelenka i na grani wpadamy w kocioł. Wieje zmienny wiatr: od zera do huraganu, a widoczność waha się od czystego nieba do 20 metrów. Warunki są miejscami trudne, lecz nie ekstremalne. Dopiero sama kopuła Śnieżki daje nam w kość. Wicher szaleje i otacza nas mgła, choć oko wykol. Miejscami idziemy metodą od tyczki do tyczki wyznaczających szlak. Na szczycie sypie w twarz lodową krupą. Pijemy po łyku herbaty przycupnięci pod murem obserwatorium i prujemy w dół.

 

Zbiegamy delektując się coraz milszymi warunkami. Sprawdzamy gościnność braci Czechów w Jelence: herbata 9, a knedlićki 30 zeta kosztują.

Aga wszędzie puchary znajdzie☺.

Im niżej, tym cieplej, a w samym Karpaczu omalże letnia aura gości.

Całość zamknęliśmy w 19 km i 1000+ przewyższenia. Warunki mieliśmy tylko miejscami ciężkie, na przykład śnieg na całej trasie był przyczepny.

Pamiętajcie jednak, iż góry bywają nieprzewidywalne; ostrożnie oceniajcie swe siły, nie zapominając o właściwym ekwipunku.

Jest pięknie i nienudno. Pozdrawiamy Was i jeszcze się spod Śnieżki odezwiemy.

Łukasz Klaś

 

1 thought on “O co biega w Karkonoszach. ☺

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *