Lubię poniedziałki…

Lubię poniedziałki…

…za metą maratonu. Wczoraj doczołgałem się do tego punktu, a czuję to jeszcze dziś. Dopiero dziś to czuję – nogi mi poetycko do rzyci włażą, przepychając się, która pierwsza.

Drużyna Trucht Tarchomin Team gotowa!

Najsamwprzódpierwszy dziękuję dwóm wspaniałym dziewczynom szybkobiegaczkom: Kinga Klaś-Pupar i Agnieszka Żuraniewska – jestem waszym dłużnikiem i cieszę się z tego. Dzięki ich chyżości nie zwolniwszy nic z tempa (żałosnego, inna sprawa) komfortowo bieg kontynuowałem, a pasza podaną była. Chyba jeszcze nigdy żele nie smakowały mi tak słodko. Siostra tak się wczuła, że nawet chwilowo dała się aresztować policji. Jednakże była w stroju biegowym, a charakteryzując się dodatkowo pewną nadobnością – wywinęła się zgrabnie i z humorem, co w stosunkach z władzą nie zawsze regułą bywa.

A potem dziękuję Wam wszystkim, którzyście mnie i innych maratończyków wspomagali. Ktoś piszczał jak zarzynane prosiątko, ktoś krzyczał coś o dawaniu czegoś, wielu klaskało z zapałem godnym lepszej sprawy; śpiewali, w bębny bili, instrumenty dźwiękiem pobudzali, wodą i bananem się dzielili, nienudne piątki przybijali. A wszystko dla naszej zgrai; nie mogę, zważywszy chociażby na pomaratońskie zmęczeniowe mózgu szwankowanie, każdemu z imienia cześci i chwałeści oddać. Przyjmijcie jedno, a w nim całe moje serce:

Dziękuję Wam Wszystkim!

Oj jak słodko się zrobiło, poprosimy łyżkę dziegciu nie zwlekając… Czy jestem zadowolony ze startu? I tak i nie. Całościowo, ludzko, imprezowo, życiowo jestem szczęśliwy za metą, uszami klaskając. Z wynikiem sportowym nie jest już tak ślicznie, ale o tym nudnym aspekcie napiszę nudno nudny tekst w Nudnych Piątkach. Teraz wracamy na niedzielną patelnię, będzie miło.

Chyba jest coś w tym, że ludzie zadają sobie katusz maratońską dawką, szlachetniejąc jakoś przy tym. Nie chcę nikogo odzierać brutalnie z miłych okoliczności, ale geneza królewskiego dystansu jest wartością sztuczną; dobra – wyraźnie doprawioną. Ani z Maratonu do Aten nie jest 42 km, ani w zbroi nikt nie biegł, padnąwszy ku chwale macierzy u Akropolu stóp. Coś tam było, ale inaczej, niezupełnie dokładnie. Niemniej: jest ładna legenda – akceptujemy, zatwierdzamy. Bo piękne owoce rodzi – vide: zapaleńcy, pokonujący wczoraj ulice stolicy, z wyobrażeniem dzielnego Filipidesa. Czy jak mu tam było. Naturalnie, kwestię nowożytne igrzysko rozbudowało, ale tego wątku nie ciągniemy, bo ten baron dekubertę to ponoć kobiet nie bardzo chciał dopuścić; niechże mu teraz klub „I love fitness – tylko dla kobiet” pomoże w grobie się przewracać.

Ale maraton jest. Dodaje kopa do treningu, zadków ruszenia, zdrowym bycia. Dobrze. I wesoło, proszę.

Stoimy (przy czym ja chwilę po biegu podejrzanie się chwieję) przy wbiegu na most kibicując mocno, przy czym dziewczyny (Kinga, Aga i Ania), wprowadziwszy gardła na wysokie obroty, nie żałują sobie. Skutkiem rozmowa:

– Mamo, dlaczego te panie krzyczą na tych panów, oni tylko biegają – dziecko na oko naciągane 2,5 roku.

Mama zaczerwieniła się, w czym było jej dosyć do twarzy.

– Panie tylko ich wspomagają w wysiłku – próbuję pedagogicznie.

Dziecko popatrzyło na mnie uważnie.

– A pan też nie lepszy jesteś!

Mama zaczerwieniła się jeszcze mocniej, w czym było jej jeszcze wyraźniej do twarzy.

I jak tu nie kochać maratonów?

Biegajcie maratony, dla pożytku filozofii i to tej przez wielkie Fy. Otóż jednego, sławnego, starożytnego, a jakże; przedstawiciela i założyciela nurtu istotnego, klepiąc czterdziestkidwójki na pewno uczcicie. Zażyłem i ja tego: epikureizm na poziomie bazowym, ludzkim – nigdy drobne przyjemności (ba, nawet: neutralności) nie smakowały mi tak bardzo. Jak cudowny jest cień! Ileż tonów i odcieni smaku można znaleźć w zwykłej wodzie. Niedocenianym przywilejem jest możność siedzenia, a nawet marszu: a nie biegnięcia. Piwo można wypić! Ludzie, rozkosz. Euforia. Stan błogosławieństwa.

Biegajcie maratony. Albo przynajmniej kibicujcie startującym.

Dobrze się pokonuje kolejne kilometry (jako danielsowicz powinienem napisać raczej: mile), lekko i radośnie. Walczymy ze swoimi słabościami, niemniej nie przesadzając: amatorami wszak jesteśmy. Łatwiej o uśmiech i życzliwość. Nawet jak wylałem sobie kubek lepkiego izotoniku na ryj, myśląc, że to woda. Ze smutkiem, ale i zrozumieniem mijamy też trudne sytuacje: westchnąwszy, pokrzepiwszy okrzykiem, napieramy dalej, licząc, że ci, którzy na chwilę ustali, ruszą dalej.

Pomocna dłoń, tu: Agi.

A potem spotkałem anioła.

[W tym miejscu mam niezręczną sytuację: początkowo nie wiedziałem, kim był anioł. Na małe usprawiedliwienie mam tylko, że przeżywałem wtedy ciężkie chwile: betonizacja nóg, ale i umysłu. Anioł niech się nie martwi: ja to oddam potrzebującym. Jestem to winien światu]

Aczkolwiek aniołowie, jak wiadomo, płci nie posiadają, ten wyraźnie był facetem. Ogarniętym, sprawnym, rzeczowym: dar niebios. Wodę podał, o tempo zapytał, podciągnął, od wiatru zasłonił. Dopingował, słowem wspierał. Wskazówek udzielał. Kiedy doskoczyła do mnie Kinga z suportem, w mig sytuację zrozumiał i podskoczył pomagać innym.

Anioł.

Ja też chcę być taki. Tylko dla tej chwili warto było pokonać maraton.

A tak w ogóle to był Marek, kolega i nie byle jaki biegacz. Dobrą chwilę po mecie sobie uświadomiłem, co niech będzie skromnym dowodzikiem na wysiłek włożony w dystans. Fraza o aniele jest jednak bardzo pozytywna i zostawiam ją, pomimo, że pięknoduchostwem trąci.

Marku, dziękuję.

A potem było zaciskanie zębów i pomoc Agnieszki, która mnie dobrą milę holowała; i doping wspaniały; i zgubiony 39 kilometr, który miał być czterdziestym i meta. Ale tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć.

Dziękuję.

Jestem maratończykiem.

1 thought on “Lubię poniedziałki…

  1. „Betonizacja nóg i umysłu”… 😀 Ja tak mam po przebiegnięciu stu metrów 😁 Dla mnie jesteś Bogiem. Albo boskim Maratończykiem. Jak się spotkamy – oddam Ci pokłon. 🏆🥇

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *