Lubię poniedziałki… i krakowskie świąteczne przypadki.

Święta! Jedziemy jeść do mamy. Kilka migawek z pobytu przedstawiam; wszelkie podobieństwa przypadkowe 😀

Zasuwam po ośnieżonym stadioniku, dziarsko łykając kolejne kilometry; nagle majaczy coś w półmroku. Duże. Prezentuje się przede mną piękny okaz doga, bez kagańca, za to na smyczy, której koniec… luźno zwisa do gleby. Zwierzątko stoi spokojnie, to znaczy nie rusza się, lecz czuję, że chce mnie zjeść. Kulturalnie zatrzymuję się również i wypatruję właściciela. Opodal majaczy jakaś sylwetka.

-Czy to pani lub pana pupilek?

-Mój, ale on nic nie robi.

Jasne jak słońce! Timbre głosu dowodzi, iż mam do czynienia z płcią piękną. Spokojny jak Pacyfik wieczorową porą ruszam z miejsca, piesek rusza też, w moim kierunku. Szczeka, zachęcająco kłapiąc paszczą.

– Mogłaby pani wziąć go na smycz?

– Ale on nic nie robi. Chodź Ami, chodź.

Ami nie idzie. Chyba zastanawia się, na ile kęsów mu starczę.

– Proszę pani, to zwierzątko niemal przewyższa mnie wzrostem, a waży to już na pewno więcej niż ja. Proszę…

– Nie moja wina, że kurduple biegają. Trzeba było jeść warzywa, a nie palić papierosy za młodu.

Słusznie, moja wina. Cichutko jak trusia czekam, aż łaskawczyni decyduje się wreszcie zabrać psinkę na postronek, tłumacząc mu delikatnie do uszka, że na posiłek musi jeszcze poczekać. Zaburzenie mocy naprawione, można szurać dalej. Lubię poniedziałki. Krakowskie.

***

Rodzina z wdziękiem szaleje, przygotowując domostwo do świąt. Szefowa dziarsko dowodzi, działamy jak w szwajcarskim zegarku. Znam swoje miejsce w szeregu i nie zamierzam wystawiać się na strzał.

-Poproszę o ciężkie i nieskomplikowane roboty – oddaję się do dyspozycji i czekam na cios.

-Powiesisz bombki.

No nie wiem. Odpowiedzialna kwestia wrzucona na moje barki, pułapki prześwitują przez pozorną łatwość zadania. Zanosi się na lekkość fizyczną, a potężne wyzwanie intelektualne.

-Weź złote i zawieszaj.

Biorę. Polecenie wydano proste i rzeczowe, nie mam wątpliwości. Podstawiam taboret (bez niego nie sięgnę, dog by się uśmiał).

-Nie te!!! Te są pomarańczowe, kolorów nie rozróżniasz!

Nigdy nie dyskutuj z kobietą o kolorach. Nigdy. Wolę sprawdzić.

-Teraz wziąłem dobre? Czy o te chodziło?

-Co się głupio pytasz!

-Ojej, chciałem się tylko upewnić.

Taktycznie nie dodaję, iż na pudełku jak stado byków stoi: orange. Po dłuższej chwili, wychodząc konceptualnie ze skóry, rozmieszczam pomar… złote kule na choince.

-Coś ty zrobił! Miałeś powiesić je na łańcuchu pod sufitem, te złote. Na drzewku nie umiesz. Zdejmuj.

Nie żeby mi się ręce trzęsły, lecz w czasie tej operacji jedna bombka traci życie w ładnej eksplozji złotych łupinek na podłodze.

-Odkupię – mruczę.

-Nie trzeba – słyszę triumfalne – kupiłam na zapas, bo wiadomo jak z chłopami jest. Zakładaj równo po dwie.

Wieszam. Ślicznie. Inspekcja nadchodzi.

-Źle! Po co na końcach dwa!

-Miało być po dwa.

-Tylko w środku; na końcach po jednym, bo tam nie ma gwoździka.

Proste i logiczne, mój błąd. Redukuję liczbę bombek o jedną sztukę z każdej strony i podziwiam swoje dzieło. Idealne, estetyczna uczta.

-Trochę krzywo – słyszę głos zza pleców.

-Poprawię – wykrztuszam resztką godności.

-Zostaw, bo jeszcze popsujesz na gorzej.

– A choinka? – Ośmielam się poinformować.

– W barwach oczywistych, chyba wiesz jakich?

Bladego pojęcia nie mam. Boję się zgadywać. Coś przespałem?

– Wyglądnij przez okno na skwer – dostaję koło ratunkowe.

Wytrzeszczam gały równie skutecznie, jak obserwatorzy na Titanicu. Widzę resztki śniegu, gruby obelisk, siłownię (pardon: siłkę), dwóch niezbyt zdecydowanych miłośników degustacji pod chmurką, dwa srające gołębie. Niemniej plac wygląda estetycznie, lecz jak miałbym stąd kolory drzewka bożonarodzeniowego wykoncypować…

Poddaję się.

– Obelisk, z jakiego powodu?

Kurczę, stulecie. Choinkę ustroimy biało-czerwono.

Pomimo moich niedoskonałości, dzięki czujności czynników wyższych, mieszkanie mieni się dekoracją nieziemską. Lubię poniedziałki. Krakowskie.

***

Zakupy. Najprostsza rzecz na świecie. Dzisiaj nie warto nawet się martwić o niespodzianki w sklepie; wystarczy zadzwonić i dopytać w sztabie świątecznym o szczegóły. Zaopatrzony w listę raźno udaję się w rajd. Piekarnia: check (dwa telefony). Warzywny: check (jeden telefon). Cukiernia: check (dwa telefony). Drogeria: check (jeden telefon, bo potem już nie odbierali, lenie). Wracam z prędkością geparda, objuczony jak osioł, dumny jak paw i wypruty jak konie po westernie. Przechodzę weryfikację, która zawstydziłaby wszystkich celników świata skrupulatnością. Następnym razem w ogóle nie będę się rozłączał, albowiem okazuje się, że na przykład głupie mleko ma nie tylko markę, ale i pojemność, procent tłuszczu, rodzaj opakowania… Podobnie drożdże, ciasto, mydło, chleb, jabłka, a makowiec to w pięciu odmianach w Krakowie występuje. Zaliczam drugą rundkę i nie chcę już wiedzieć, jakie zwierzę przypominam. Ale żyję. Chyba. Lubię poniedziałki. Krakowskie.

Czekam na pierwszą gwiazdkę i wiem, że bez tych drobnych perypetii Boże Narodzenie u rodziców nie smakowałoby tak bardzo. A spacer po Rynku Głównym wiele rekompensuje. Świat jest cudowny.

Życzę Wam, Drodzy Czytelnicy, Wesołych Świąt! 🙂

Łukasz Klaś

8 thoughts on “Lubię poniedziałki… i krakowskie świąteczne przypadki.

Pozostaw odpowiedź Renia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *