Ich było tylko kilku.

Taki hełm.

Na temat nazwy miasta krążą różne pogłoski, lecz najprawdopodobniej odpowiedzialność ponosi owo wzgórze, górka, centralna wzniosłość: że to i pra, pra, prasłowianie cholmem zwali, a prasłowianie hełm widzieli. Tak zostało. Ładnie. A teraz grupa pasjonatów organizuje spotkania tuptane. Właśnie tam – i dobrze, bo na przykład w tym mieście po schodach nie pobiegamy: najwyższy budynek (jeden) ma osiem pięter. Na więcej podłoże krasowe nie pozwala. A to okoliczność pechowa…

parkrun Chełm: spotykam osób na starcie niewiele. Napisano: cały bieg w ramce się mieści.

I dobrze. Stojąc na miejscu zbiórki – szczycie chełmskiego wzgórza – patrzymy z góry (zwłaszcza ja) na nieobecnych z powodu ranka, zimna, deszczu, lenia i braku medali na mecie. Usprawiedliwiamy tylko biorących udział w innych zawodach, wszak to środek jesiennego sezonu człapania. My ruszamy do boju w poczuciu elitarności, pocieszając się mruczeniem o przewadze jakości nad mnogością.

A trasa prezentuje się znakomicie; urbanistycznie – w dobrym, klimatycznym znaczeniu tego słowa. Dystans miejski, ot co. Szuramy po podłożu ukonstytuowanym twardo, lecz spotykamy tej nieugiętości różne odmiany. Deptamy chodnik staro- i nowopłytowy, śliską polerkę, asfaltu ze trzy odmiany, kamień szlifem gładki i creme de la creme trasy: podbieg schodami z kostki brukowej między budynkami. Potem uchyloną bramą (!) wypadamy z powrotem na okalający hełmiaste wzgórze deptak. Całe okrążenie trzyma dozowaną stromość: miejski bieg górski! Pierwszy raz taki rarytas mi się trafił.

Warto było odbyć samotną podróż do urokliwego miasta. Jak zwykle, nie ominęły mnie przygody godne początkującego kierowcy melepety. O ironio w czasie ośmiu godzin (550 K) na trasie panował spokój, wręcz nuda, a warunki niekoniecznie sprzyjały: noc, deszcz, wyboje i przebudowa siedemnastki. Za to u celu popisałem się rumakowaniem: w Chełmie wjechałem jednokierunkową pod prąd, a po powrocie nie mogłem znaleźć miejsca w garażu Agnieszki robiąc dwie piękne rundki. Tak, jest ono oznaczone numerem, wielkim jak wół. Wyrośnięty.

Kiedyś znajomy muzyk powiedział mi, że łatwo zagrać dobry koncert przed wielką widownią; trudniej, jeśli słucha nas garstka. Z przyjemnością pobiegnę w niedzielę maraton razem z kilkoma tysiącami zapaleńców. Lecz prawdziwie kocham małe zawody, gdzie kilku pasjonatów trwa i czyni swą powinność pomimo braku wielkiej publiki. I uwielbiam małe miasta, jak ten…

Taki Chełm.

 

Łukasz Klaś

9 thoughts on “Ich było tylko kilku.

  1. Jak ja żałuję, że mi ta 9 rano w sobotę ciągle nie pasuje 🙁 ciągle coś innego wypada, no nijak przyjść się nie udaje :/ może w najbliższą w końcu się uda, proszę o kciuki 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *