Nieprowincjonalnie lubię poniedziałki…

Jakość tworzą ludzie, nie punkty na mapie. Tam powstaje dzieło, gdzie energia, pilność i nielenistwo łączą się, walor kreując. Liczba mieszkańców to tylko liczba. Zaznawszy kwestii powyższej na własnej pomarszczonej skórze w Skórcu, jako exemplum pro memoria opisuję Wam.

Kolekcjonując lokalizacje parkrunowe ruszam na wschód; z zaciętą i zaaferowaną miną sobotniego kierowcy pokonuję – nie swoim samochodem – pierwszy raz w życiu 105 kilometrów ciągiem. Normalnie ultra. Właścicielka pojazdu siedzi na miejscu pasażera, usiłując godnie znieść moje wyczyny. Rozgrzewkę mentalną ma zapewnioną; dobrze, że tętna nie mierzy; jeszcze by jej trenerka pomyślała, że ruszyła w stukilometrową trasę w tempie sprinterskim… Za cierpliwość w uczynieniu mnie (powiedzmy) kierowcą, Aguś ma z głowy jakieś dwieście lat czyśćca, lekko licząc…

Fot. parkrun Skórzec.

Mknęliśmy na wschód mrużąc oczy przed blaskiem naszej Gwiazdy Dziennej, a wtedy stał się cud. Nagle wjechaliśmy na autostradę. Otworzył się przed nami szeroki, komfortowy i – co najdziwniejsze – bezpłatny szlak. Wybudowali hajłeja bez bramek, dziwne. Świat jest dobry; GZDiA (czy jak się ta mątwa zwie) też. Prezent trwał w przestrzeni kilkanaście kilometrów, ale czasowo obiecuje kontinuum: widać, iż prace trwają. Hejże ha na S2!

Klucząc po mazowieckich szosach zaznajemy czaru poranka późnoletniego nie na żarty; słowa ni zdjęcia nie oddadzą gry światła, zieleni i mgły. Gęba otwarta, szczęka opadnięta. Warto było wstać i patrzeć, jak z trzewi nocy rodzi się nowy dzień.

Na miejscu spotykamy kolejną niespodziajkę: drogowskaz na parkrun z szosy!

Jakem dwadzieścia lokalizacji zwiedził, taką troskliwość pierwszy raz napotkałem. Vivat Skórzec.

Jako że czas mamy znakomity (mistrz kierownicy Łukasz Klaś za kółkiem) i dopiero wstają ranne zorze, spodziewamy się pustkociszy i trasy samotnie nas wyglądającej. Brzdęk! Kolejny vivat Skórzec parkrun brzmieje. Zastajemy rozłożone flagi, oznaczenie startu-mety, dystansu kierunkowskazy, wszystko na miejscu właściwym. Półtorej godziny do rozpoczęcia biegu.

On ci jest koordynator; panie zwracają też uwagę na kreację🙂Fot. parkrun Skórzec.

Po chwili z lasu wyłania się gospodarz i sprawca; witamy się z Arkiem serdecznie, sprawiedliwie ochy i achy oddając. On jeszcze częstuje cytatem z Nudnych piątków, czym zupełnie już mnie rozkleja…

Poprzedzani przez szefa, rozpoznajemy przebieg miejscowej piąteczki: nienudno. Towarzyszy nam okolica mieszana: las, łąka, pole i sporadyczne zagrody. Malowniczość dyktuje swoją cenę, karmiąc nasze nogi nawierzchnią przełajowo trudną; ściółka, trawa, gleba, a najgorszy piach.

Fot. parkrun Skórzec.

Grzęźniemy, buksujemy, uśmiechamy się, w głos chwaląc przełajową dolę. Trasa zdaje się świetna na trening siły biegowej i stabilizacji, na wynik troszkę mniej. Ocenę postawiono: piękny, acz trudny cross.

Fot. parkrun Skórzec.

Trasa tak zauroczyła Agnieszkę, że ta zrezygnowała z rywalizacji, trening solidny w przepięknych okolicznościach przyrody sobie urządzając. Wprowadziła pewien ferment na dystansie, konfudując z lekka wolontariuszy i uczestników. Łobuziara. Odczułem to na własnej skórze, zachodząc przez dobry kilometr w głowę, jakim cudem ktoś biegnie pięćset metrów przede mną. Chyba powinienem z nią rozmowę pedagogiczną na temat dobrych zwyczajów parkrunowych przeprowadzić. Szkoda, że to już nie te czasy, że można by w Skórcu skórzanym paskiem na skórze wytłumaczyć. Byłoby szybciej i przyjemniej. 😀

Fot. parkrun Skórzec.

Przed startem trwa wesoła, lecz celowa i uporządkowana krzątanina. Istotny wkład w wolontariat skórzecki wnoszą dzieci. I to dobrze: czym skórka za młodu… Trzeba widzieć skupienie i powagę najmłodszych, fachowo wypełniających organizacyjne powinności. Jako pedagog chwalę to ze szczerym zachwytem: milusińscy nabierają wartościowych postaw, jednocześnie wymiernie pomagając dorosłym. Chciałbym to – prawem starego nauczyciela – podkreślić: w Skórcu dzieci naprawdę pełnią konkretne role, nie jest to zabawa w dorosłych. Warta skórka za wyprawkę.  Brawo! Znów: światowo się toczy.

Fot. parkrun Skórzec.

Dalej: wszak to prowincja do metropolii teoretycznie zjeżdża? Proszę: spotykamy Iwonę i Jerzego z Warszawy. Ok, turystyka parkrunowa swoimi prawami się rządzi.

Biegniemy, zgoła się nie dziwiąc, iż oznakowanie świetne: tabliczki, taśmy, strzałki, a w kluczowych miejscach wolontariusze naprowadzają na szlak. Ostatni przed finiszem dzwonkiem zachęca do większego wysiłku. Brawo!

Cieszę się, że pomogłem nieco młodemu Maksowi życiówkę uzyskać; trzymał się za mną kawałek dystansu bardzo dzielnie. Poza tym, prosząc Was o wybaczenie, chciałbym podsumować mój start wyłącznie liczbami. Miejsce 1 (na 27), czas 19:44. Licznik lokalizacji i zwycięstw parkrun bije: status 22/14.

Fot. parkrun Skórzec.

Za metą zaznajemy gościnności wielkiej; wcinania nie przerywając pytamy, jaka okazja. Taka sama, jak co tydzień: parkrun. Szacunek. Wypas. I wszyscy weseli, jeszcze nas zatrzymują. Oby tak wszędzie, w tym: w dużych miastach, było…

Podziwiam Skórzec, Martę, Arka i całą ekipę. Zajeżdżajcie tam, kiedy tylko możecie; autostradę przedłużają…

Bywa kiepsko w stolicach, a wielkomiejsko w mniejszych ośrodkach. Prowincjonalność/światowość nie tkwi w liczbie mieszkańców.

Lecz w nas.

 

 

Łukasz Klaś

 

 

4 thoughts on “Nieprowincjonalnie lubię poniedziałki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *