Lubimy Lubań.

Pora na zmianę gór, zatem ruszamy w Gorce. W bliskim sąsiedztwie naszego lokum wynosi się nad okolicę jeden z najwspanialszych szczytów tego pasma. Lubań flankuje je od wschodu, schodząc zboczami aż do Dunajca. Z wielu miejsc poprzednich eskapad podziwialiśmy ten szczyt, zatem liczymy na widoki powrotne szybkim sentymentem. Ruszamy wyekwipowani na lekko, na biegowo.

Zostawiwszy samochód za Krościenkiem, wedle drogi na miasto, grzecznie chodnikujemy do Grywałdu. Odbijamy w prawo, dalej wszakże nawigując po asfalcie. Samochodów jeździ tutaj mało, lecz napotykamy na nieco drażniącą atrakcję, reliktową w cywilizacji: swobodnie hasające burki. Trzeba przyznać, iż style prezentują różnorodne: od asekuracyjnego warczenia zza rowu, po całkiem śmiałe doskakiwanie k’nam. Zostaliśmy obszczekani na spory zapas. Wraz z asfaltem kończą się psine harce, a zaczyna zielony szlak, prowadzący ku naszemu wierchowi. Od razu robi się luby ten Lubań. Przemy.

Ścieżka wyprowadza nas na płaśń pozwalającą podziwiać Pieniny z bliska i Tatry z dala. Zaliczamy pierwszego grzybka, jak zwą parasolowate wiaty, służące do odpoczynku, a biorące swe początki aż z międzywojnia. Spotkamy ich na naszej wycieczce jeszcze kilka.

Zagłębiamy się w las, troszkę podbiegając, a więcej maszerując. Wraz ze wzrostem wysokości żegnamy przedwiośnie, a witamy zimę. Sprawdzamy głębokość zasp, szczęściem zalegających bokami.

Droga kładzie się nam pod butami całkiem dobra, pomimo śladów zwózki. Kurczę, tutejsi rębacze i ciągnikowcy jakoś ładniej drewno haraczą. Nie narzekamy na podłoże.

Przed wierzchołkien szlak staje dęba. Ciężko, z mozołem pniemy się ku celowi. Minąwszy pozostałości spalonego schroniska, z zębami wbitymi w śnieg wytaczamy się na partie szczytowe. Wita nas mroźny wicher i pustka.

Baza namiotowa jest nieczynna, wokoło śladowe znaki obecności ludzkiej. Lubo na tym Lubaniu, ale dla tych, co wicher, mróz, dzicz i samotność cenią. Króciutko biwakujemy i pokłoniwszy się Królowi Gorców rozpoczynamy torowanie czerwonym szlakiem schodzącym do Krościenka. Stopniowo warstwa śniegu zmniejsza się i utwardza; rozpuszczamy nogi.

Spadamy dobrym tempem do cywilizacji, po drodze podziwiając widoki (Mogielica!) i tropy zajęcze, lisie i hit: rysia. Ślad wygląda na świeży; rozglądamy się uważnie, lecz kocurek nie pokazuje się. Stopniowo biały puch niknie, a jego miejsce zajmuje umiarkowane błotko. Ot i pokazują się pierwsze domostwa, a kończymy, jako i zaczęliśmy: asfaltem.

Mocny trening wykonany, szczególnie dla Agnieszki: 20 kilometrów na takim przewyższeniu i podłożu w 3:30 to kawał ciężkiej roboty. Nie obijała się moja luba na Lubaniu.

Szlak piękny, zima na górze trzyma mocno. Polecamy.

***

W tle Koziarz.

Łukasz Klaś

3 thoughts on “Lubimy Lubań.

  1. Cóż mogę rzec? Piękna zima w pięknym miejscu. Na wieży byliście? Jak ja lubię oglądać widoki z wieży. Czad normalnie. Burki dożarte powinny być na smyczy. Cudna trasa. Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Age

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *