Letnia opowieść zimowa.

Nie da się w tych dniach, idąc na arcydzieło Szekspira, abstrahować od wszechpanującego cholernego upału; pardon – od temperatur w połowie czerwca. Oczekujemy ochłody. Przekraczając progi Narodowego, otrzymujemy wpierw wsparcie cielesne: klima działa jak należy. Później Opowieść Zimowa łagodzi i umysłu ukropy, z należytym dystansem – ale i swadą! – sztukę mistrza serwując.

Marcin Hycnar barbarzyńsko przepiłował dzieło sir Williama na pół, okazawszy szacunek dla tradycyjnego podziału akcji. Część sycylijska wypadła po prostu klasycznie – nie może być większego komplementu ze strony tak zatwardziałego konserwatysty jak ja. Leontesa otrzymujemy szalonym i ekspresyjnym, Hermiona czyni postać dumną i bladą, Kamillo szczwani, Poliksenes się wynosi, a na widok Mamiliusza – na widowni omalże chusteczki idą w ruch. Szachownica podświetlana od dołu ujmuje w ramy role, emocje, przemieszczenia, zbrodnie i kary. Pokrzepieni głębią zimną psychologiczną wychodzimy na przerwę.

Potem otrzymujemy rozpasanie istne: na scenie; potęgując oryginalną akcję, dzieje się nie tylko ludycznie, lecz i bachicznie, ba! – popartowo. Dostajemy swą opowieść z kowbojem, mikołajem, walizką na łańcuchu do ręki przykajdanioną. Bucha i kipi na scenie taniec, żart, groteska! Lecz tekst maestra panuje nad wszystkim, ku zombicznemu finałowi nas prowadząc. W nim wraca Hermiona i żegna nas chłodnym spojrzeniem z plakatu.

bty

W sumie otrzymujemy rzecz letnią – i bardzo dobrze. Teatr nie potrzebuje ekstremaliów, aby skłonić do refleksji.

Na gorąco, na zimno; letnio.

W sam raz na te upały.

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Letnia opowieść zimowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *