Kwestia zupy.

Obejrzenie inscenizacji „Fatalisty” Tadeusza Słobodzianka wymaga pewnego wysiłku…

Spragnionym sztuki Teatr Dramatyczny kazał wspiąć się na kilka wysokich pięter. Mała Scena gwarantuje wyższy poziom – ten i ten. Ochoczo wdrapaliśmy się nań, świętując symboliczny alians artyzmu z bieganiem. Po drodze odprawiliśmy covidowe rytuały, maskując lica, zachowując dystans i wrzucając podpisane oświadczenie do urny. W nagrodę otrzymaliśmy użyte do tego długopisy.

Na scenie czekała nas zupa, w towarzystwie fatalizmu. Spinozą chcieli nas brać pod nerw i rosołem.

Para małżeńska kłóci się, zaczynając od narzekania – jego – na – jej – potrawę. Czy można kobietę ukłuć bardziej, niż wychwalając kuchnię mamusi? Potem idzie już gładko, wychodzą na jaw zdrady, pretensje, nieładności… Lecz finał otrzymujemy zgoła nieoczywisty. Fabuła dzieje się ciekawa; warsztat aktorów poprawny.

Bohaterowie urozmaicają swój dialog wtrętami filozoficznymi. Nie wypada to przekonująco; wolałbym, aby sztuka trzymała się klimatu mieszczańskiego mieszkania przedwojennej Krochmalnej. Warto dodać, iż rzeczywistość ową podkreśla dyskretna, a smakowita scenografia. Nawet okno gra.

Reasumując: polecam, lecz nie klękam. Aga bardziej kręciła nosem. Ona dobrze gotuje.

🙂🙂🙂

Łukasz Klaś

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *