Koniec.

Często ciekawsze rzeczy dzieją się na końcu stawki. Ostatni nie zawsze oznacza przegrany. Ceńmy zwycięzców, lecz pamiętajmy i o maruderach. Oni także mają swoją opowieść.

Zacznijmy o końcu od kolarstwa, aby stopniowo zmieniając dyscypliny, mocno biegowo zafiniszować. Zasadniczo pedałowania nie hołubimy, gdyż triathlonem zajeżdża a ten, wiadomo: porządnych ludzi nam zabiera. Czyńmy jednak wyjąteczek, przejechawszy się kawałek z Tour de France tegorocznym. Owszem, w czubie imponujące akcje ciągle zachodzą. Kwiatkowski zjeżdża po mokrej jezdni z prędkością 100 km/h; Froome mknie pod górkę tam, gdzie zimą strach bez łańcuchów jechać. Greipel finiszuje na prostej 80 km/h, a w udzie ma więcej niż wy, dziewczyny, w talii.  Wszelako najciekawiej działo się na końcu właśnie. Niejaki Lawson Craddock wyrył pyskiem i innymi częściami solidnie o asfalt już na pierwszym etapie. Obrażenia były na tyle poważne, iż mógł – a właściwie: powinien  – rowerowanie zakończyć. Jeszcze by mnóstwo komentarzy słodkich a głębią porażających otrzymał: madra decyzja, wrócisz silniejszy  etc. Skąd my to znamy. Jednak Amerykon, twarda sztuka, zawziął się. I jeszcze motywator wykoncypował, ogłosiwszy: za każdy ukończony etap wpłaci stówę (zielonych) na odbudowę toru kolarskiego Alkek Velodrome w Houston, zniszczonego w sierpniu 2017 przez huragan Harvey. Świat zrozumiał, docenił, podchwycił. Świat zaczął wpłacać i skończyć nie chce. Już zaksięgowano na akcję kilkaset tysięcy. Brawo! Tymczasem Lawson pobił nietypowy rekord: jako pierwszy w historii ukończył TdF jadąc od początku do końca na ostatniej pozycji. I co, warto na ostatku czasem się znaleźć? Vive Lawson Craddock, vive le Tour!

Wzmiankowany kolarz to wszelako nie leszcz jakiś i jeszcze pazury pokaże. A pamiętacie Eddiego Edwardsa? Tu już całkiem w odległe od tuptania rejony się udajemy, niemniej pozwólmy sobie: w skokach jesteśmy potęgą i nic to, że sport ów na serio w trzech krajach uprawiają. Otóż wspomniany Anglik nie tylko wszystkie zawody na ostatnim miejscu kończył, ale i potrafił wynik ujemny uzyskać! Taki specjalista. A przecież przejdzie do annałów, a w imperium brytyjskim ma na pewno miano skoczka wszechczasów.

Pobiegajmy wreszcie, a że aktualnie trwa niski sezon, o rekreacji parkrunowej podywagujmy. Jak takiego łachmytę jak ja, który wbrew zwyczajom zwycięstwa w parkach po całym kraju kolekcjonuje, spacyfikować i z drugiego końca grupy kazać mu wyścig przeżywać? Z pomocą przyszedł zarząd główny przedsięwzięcia, wprowadzają funkcję zamykającego stawkę. Zadanie takie pozwala za jednym zamachem bieg i wolontariat nań zaliczyć, do kolejnych koszulek za friko przybliżając – wiadomo, po co się biega! W to mi graj, zakładam kamizelkę barwy poloultraoranż i dawaj. A parkrun po pętli kilkukrotnej. Biegniemy; no, mocno powiedziame, w każdym razie ruszamy. Ja na końcu, w sercu miłość, cierpliwość i łutstok chołubiąc. Zaganiam stadko przed sobą, niczym słodki biały piesek z Krupówek, co wcale takie łatwe nie jest. Mama truchta, córka kijkuje, syn na rowerze wokół krąży. I nie wszyscy mają w planie całość zrobić. Po jednym kółku zmieniają się miejscami, przy czym kuzyn zawraca po ciocię, która robi zdjęcia. Gubię się w powiązaniach rodzinnych, pilnując tylko, żeby ostatnim się poruszać. Panuje znakomita atmosfera, mijający nas zawodnicy dodają otuchy. Love po prostu. W pewnym momencie słyszę zza ucha ssyk: za wszystkie porażki, napiszę dziś na fejsie, że cię dwa razy zdublowałem. Zaiste, zemsta bywa rozkoszą bogów… Dreptamy i gadamy, nie wiem jakim cudem również kogoś dublując. Początkowo próbowałem to wyjaśnić, ale machnąłem ręką. Byle do mety na poślednim miejscu. Muszę być ostatni kliknięty,  bo inaczej wolontariatu mi nie zaliczą. Udało się! Niemniej kosztowało mnie to więcej sił, niż niejedno parkrunowe zwycięstwo. Na końcu nie jest łatwo!


 

Paweł Mej wzbudza w stawkach tuptaczy odczucia wszelakie: od tonacji sympatii po chmurki irytacji. Niemniej wzbudza. Przyjąwszy miano bosego biegacza, dzielnie pokonuje trasy stopą nieuzbrojoną, nierzadko watasze peletonowej za ariergardę służąc. Mając za sobą pokręcone losu koleje, zażywa uzasadnionej tolerancji dla swoich hopsztosów. A to z flagą pobiegnie, a to po drodze do kościołów zagląda na modły; intencje różnorodne proponując.

Raz zalicytował naprawdę wysoko, startując w półmaratonie prowadzącym żywotnymi arteriami stolicy. Paweł pokonał dystans boso, poruszając się… tyłem. Oczywiście, znacznie przekroczył limit czasu; organizatorzy nie ośmielili się zdjąć go z trasy i nasz bohater paradował po Warszawie z eskortą cum magna pompa przez kilka godzin. Błazen czy innowator? Niechże każdy z nas sobie sam na takie pytanie odpowie, przyznając jednak szczerze: na końcu dzieje się.

Aby poznać smak biegania do głębi, trzeba choć raz metę na tej szczególnej pozycji przekroczyć.

Koniec.

4 thoughts on “Koniec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *