Smog.

Jakość powietrza stanowi dla biegaczy kwestię wielkiej wagi, szczególnie dla mieszkańców wielkich miast. Ja, krakoski warsiawiak (lub warsiaski krakus) spotykam się z tematem namacalnie (a raczej – nawdychalnie), szurając po chodnikach, parkach oraz laskach byłej i obecnej stolicy. Jak kwestia stołeczności dzieli, tak smog łączy obydwie metropolie, obdarowane w sezonie zimowym skumulowanym smrodopyłem. Zważywszy, iż w tych dwóch aglomeracjach mieszka co ósmy Polak, stan ich atmosfery ma znaczenie nie tylko reprezentatywne, przykładowe, ale i dosłowne dla sporej rzeszy truchtaczy. Liczbę tę powiększają jeszcze krakowskie i warszawskie zawody, nie ograniczające się przecież do miesięcy ciepłych. Interior zjeżdża. Tupot nóg słychać tu i tam także zimą. A oddychać trzeba.

Oczywiście, można trenować w masce. Takie rozwiązanie pociąga jednakże za sobą rozmaite, często niezbyt spodziewane implikacje. Na podstawie licznych doniesień krajowych i zagranicznych należałoby stwierdzić, że to zabezpieczenie nieco pomaga, acz nie likwiduje całkowicie wpływu zanieczyszczeń na nasze płuca. Nie wszystkie szkodliwości zatrzymują filtry na gustownym oramowaniu pyszczka. Używanie maski wiąże się też (przynajmniej dla większości biegaczy) z dyskomfortem: oddechowym, swędząco-uciskająco-drażniącym i estetycznym. Urządzenie owo nie pozwala raczej na wysiłek o dużej intensywności, ograniczając oddech w zbyt dużym stopniu. Co do niezbyt miłego odczucia – zapewne nie stanowi ono największego zmartwienia, niemniej żadna to przyjemność. Im mniej się nosi na sobie, tym lepiej, szczególnie w tak wrażliwej okolicy jak buziuchna. Co do efektu wizualnego natomiast, słyszy się różne opinie. Jedni chętnie zakładają ustrojstwo, utrzymując, iż powagi i groźnego wyglądu dodaje. Inni szpetotę i symbol zniewolenia wręcz widzą. A zdarzają się i zaradni, swoją pieczeń na tym ogieńku piekący. Cytuję: „znakomicie, kiedy przychodzi na bieganie w masce – tego kłapania nie słychać”. Hm. Znamienne.

Niestety, na racjonalną ocenę zjawiska wpływa fatalna okoliczność: wciągnięto kwestię w przepychanki polityczne, zatem i światopoglądowe. Smog a sprawa polska; bęc i żaden pomiar nie posiada już waloru obiektywnego, zawsze ktoś podważy. Ot, odbywają już się demonstracje, nomen omen spowite zanieczyszczeniami, bo w centrum. Policja w razie czego potraktuje ich nie gazem, a świeżym tlenem. Niełatwo skromnemu joggerowi znaleźć w rym wszystkim jakąś rozsądną ścieżkę. Nie ułatwiają rozwiązania liczne sugestie, jakoby na peryferiach zatrucie większe niż w śródmieściach. Gdzie uciekać?

Niewątpliwie godnym polecenia jawi się wyjazd na szuranie jak najdalej od miasta, cywilizacji, samochodów i osiedli. W Warszawie rad do Kampinosu pomykam, z Krakowa w góry uciekam. Nie zawsze niestety i nie dla wszystkich bywa to dogodne. Warto zatem pamiętać o rozwiązaniach, pozwalających chociaż trochę zniwelować skutki trującego powietrza.

Kiedy mocniej kopcą, staram się jak najmniej biegać po ulicach, od razu do lasku kroki kierując. Nienajgorsze rozwiązanie oferuje trenowanie nad rzeką; wały, tereny zalewowe, sam nurt, olsy tworzą szeroki korytarz, izolujący nieco od  zanieczyszczeń. Jako mieszkaniec peryferyjnego Tarchomina mam to szczęście, iż nad Wisłą zaraz za osiedlem odległość od ulic i domostw wzrasta do kilkuset i więcej metrów. A kiedy robi się naprawdę źle, pozostaje trening funkcjonalny w zaciszu domowym, basen, lub – bogowie natury, wybaczcie! – bieżnia mechaniczna. Ble. Fuj. Ale co robić?

Jeśli podane powyżej sposoby nie działają, bądź komuś nie odpowiadają, pozostają modły do bogów wiatru. Podaję według kierunków, aby właściwie błagania zaadresowawszy, na efekt liczyć: Eol (szefu) – wschód, Boreasz – północ, Zefir – zachód, Notos – południe. Wiej nam, wietrze, wiej.

Poza tym, niedługa nadciągnie wiosna, zatem: przeżyjemy.

🙂

Łukasz Klaś

7 thoughts on “Smog.

Pozostaw odpowiedź Łukasz Klaś Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *