Jowisz.

Jowisz

 

 

Heidegger umierał. Tuż przed śmiercią powiedział: widzę coś wspaniałego… To były jego ostatnie słowa.

 

 

*** *

 

 

Nie jestem astronomem. Ani tym bardziej astronautą, Boże broń! Określam się jako menadżera, człowieka czynu, zarządzania. I sukcesu. Finansowego, też, niemniej dla mnie liczy się prestiż. Władza? W pewnym sensie… Polityki dotykam, na ile jej potrzebuję do awansu na coraz bardziej wpływowe stanowiska. Posuwam się jak walec, powoli, lecz z ogromną siłą miażdżąc przeszkody. Podoba mi się porównanie do czołgu: również ciężki, pancerny, niepowstrzymany; jak nie ma innej drogi – wystrzeli. Zdarzało się już. Zatem tank, nie walec. Bojowy. Przed samym sobą stwierdzam brutalnie: ja, Alan Edward Talag, jestem karierowiczem. Skutecznym karierowiczem.

Perry Malion, zwany „Piggy”, spadł mi ze swoim odkryciem z nieba. He, he, jak to pasuje. Ogłosił swój wynalazek miesiąc po moim awansie na szefa NASA. Ten zbieg okoliczności traktuję jako sygnał losu (a może jakiegoś gościa na chmurce czy innego Zeusa, mam to w dupie); tym bardziej, że teraz szczęście przyszło w parze, zwyczajem nieszczęścia. Z tego co wiem, plazmożel mieli opracowany już wcześniej, jednakże równolegle walcząc z nowym subnapędem też się zorientowali, jak pięknie się obydwa hity uzupełniają. Tym lepiej dla mnie. Oni (bo Piggy Malion miał wspólnicę wynalazku) znajdą się w podręcznikach astronomii, ja – historii świata.

W pięć godzin na Jowisza! A co dalej? Spokojnie, powoli. Najpierw tam, krok za Marsa. Poleciała oczywiście międzynarodowa załoga, ale korzyści medialne miałem odnieść głównie ja. Historia! Tworzy się właśnie, tak myślałem.

Nie dotarli do gazowego olbrzyma. Kilka minut przed piątą godziną misji nadali ostatni komunikat.

– Zbliżamy się do Jowisza. I widzimy coś wspaniałego!!!

Po czym rozłączyli się i więcej nie odezwali.

Najpierw musieliśmy się uporać z opinią publiczną. Oczywiście, byliśmy przygotowani na wypadek fiaska, lecz nie z takim zakończeniem. Jeden z młodych asystentów zauważył nawet, że być może nie jest to fiasko, kto wie, co się z nimi stało, warto mieć  nadzieję, może powrócą. Dalej pozostaje młody, aczkolwiek nie jest już asystentem. Chwilę trwała narada, decyzję naturalnie podjąłem ja, upraszczając maksymalnie kwestię; wiadomą jest rzeczą, że najgorzej to brnąć w skomplikowane kłamstwa. Pardon: wyjaśnienia. Poszedł komunikat o trudnościach; odległością i nowymi technologiami wsparliśmy usprawiedliwienie niewiedzy co do losów załogi, zyskawszy kilka dni – przynajmniej na zredagowanie następnych oświadczeń. Tymczasem mogliśmy działać.

Zdecydowałem, że tym razem trzeba wysłać automaty, lecz nie chciałem ich puszczać bez nadzoru. Wszyscy znają – stare jak świat po maszynie parowej – oklepane zalety sztuczniaków: nie męczą się, nie kłócą, nie żal ich poświęcić, nie analizują poleceń. I nie milkną bez powodu. Od razu ustaliłem z głównym specem od robotów, że jeden będzie miał zadanie dodatkowe: kontrolować człowieka. Albowiem teraz wysłaliśmy jednego astronautę: podejrzewałem w uprzednim niepowodzeniu element dysharmonii wśród załogi… Od razu wiedziałem, kto poleci. Alan Smith był najlepszy; wiedzą i sprawnością bił wszystkich na głowę. Nie wziął udziału (na szczęście!) w pierwszej ekspedycji z powodu braku miejsc: dostali się ci, co musieli, po wpływach, nie zasługach i kompetencjach. Obraził się? Oczywiście! Ja umiem jednak rozwiązywać takie sytuacje w rozmowie sam na sam. I tym razem odniosłem sukces,  uczciwie jednak przyznaję, że pomógł mi jeden szczegół: Alan był żołnierzem.

Wystartował opatulony w plazmożel wspomagany przez dwanaście maszyn oznaczonych kolejnymi literkami alfabetu, przy czym naszemu zaufanemu przypadła literka J; nie mogło się śliczniej złożyć, od początku zwaliśmy go Judaszkiem.

Ostatni meldunek Alana Smitha w kierunku Ziemi brzmiał: zbliżamy się do Jowisza, po czym łączność z nim ustała. Ale nadawał wciąż nasz sztuczniak, aczkolwiek niezbyt długo, bo zaraz się rozłączył. Wcześniej przesłał zdanie:

– Widzimy coś wspaniałego!

I koniec.

Kiedy po kilku godzinach prób stało się jasne, że również drugi statek zamilkł na dobre, zwołałem naradę. Nikt nie miał tęgiej miny, a specjalista od robotów wyglądał jak zbity pies. Poklepałem go po ramieniu, życie składa się z kwestii do rozwiązania, w tym jego smak. Bierzmy się za naszą przyjemność.

Do trzech razy sztuka.

Wysłaliśmy Koreańczyków. Północnych. Nie jest to wcale takie dziwne. Świat polityki wygląda w rzeczywistości trochę inaczej, niż pokazuje się go w wiadomościach.

Szef skośnych zapewnił, że u jego podopiecznych sama myśl o niesubordynacji spowodowałaby próbę samobójczą. No to wio, na Jowisza! Niewielka w razie co będzie strata.

Nie znam ich języka, ale kiedy minęła piąta godzina lotu, ze statku doszedł jakiś meldunek. Dowódca koreański przeczytawszy go, zachował kamienną twarz. Powiedział coś tłumaczowi, lekko i z szacunkiem właściwym ludziom Dalekiego Wschodu ukłonił się w moją stronę. Następnie wyszedł na korytarz i palnął sobie w łeb.

Dla porządku spytałem tłumacza, chociaż wiedziałem, co usłyszę.

Znowu coś wspaniałego. Bo gdzie byli, to wiedziałem. Mam już swoją ulubioną planetę solarną.

Trzeba było wyciągnąć wnioski. Jasno wynikało, że widzą tam coś, wobec czego blednie śmierć, strach, lojalność, chłodny osąd. I co gorsza, działa to też na maszyny. Musieliśmy znaleźć rozwiązanie poza załogą. Tak też uczyniłem.

W czwartą podróż, najszybciej jak się dało, wyruszyła ekipa rezerwowa, ta wybrana po kompetencjach, nie polityką. No, nieco osłabiona brakiem w składzie Smitha. Sam sobie winien, a jego zastępca aż kipiał chęcią wykazania się. Nie znali losów drugiej i trzeciej akcji. Mieli normalnie wypełnić misję poszukiwawczą wobec pierwszych. Nie wiedzieli, że po piątej godzinie lotu, bez względu na to, co zobaczą i zrobią, statek zawróci. Fakt ten był znany tylko trzem osobom. Na Ziemi.

Pojazd gwiezdny nie zawrócił. Zniknął. Minutę wcześniej wysłano z niego komunikat. Krótszy od poprzednich, nie tracili słów na lokalizację.

– Widzimy coś wspaniałego.

Potem pojechałem do więzienia. To ważne, nie kazałem sprowadzić skazanego, tylko pofatygowałem się sam do niego. Chciałem, żeby poczuł tę satysfakcję. Daleko nie miałem, choć nikt nie wie i się nie spodziewa, że może tam być więzienie. Ale to jest właśnie takie więzienie.

Opisałem mu sytuację i zapytałem, czy chce. Warunki miał o tyle różne od poprzedników, że w wypadku zerwania łączności w piątej godzinie lotu pojazd kosmiczny eksploduje. A nagroda w wypadku sukcesu standardowa: nowa tożsamość i wolność. Nie wiedział też, że przed nim leci statek bez ludzi.

Tym razem było ciekawie, bo inaczej: wybuchł ten pierwszy statek, chociaż nie było na nim żadnych ładunków. Chwilę po dotarciu do nas tej wiadomości nadciągnęła druga, były więzień nadawał:

– Widzę coś tak wspaniałego…

I zerwał łączność. Nie wiadomo, co się dalej stało.

Nie, wcale nie skończyły mi się pomysły! Ale musiałem to uczynić. Odbyłem długą rozmowę z moim zastępcą i podpisałem kilka dokumentów. Przywróciłem młodego asystenta na stanowisko. Wszyscy wiedzieli, co robić. Nawet w życiu karierowicza nadchodzi czasem ten moment. Chciałem wiedzieć.

 

*** *

 

Ja, A. E. Talag zbliżam się do Jowisza.

I widzę coś wspaniałego.

 

 

Łukasz Klaś

(godło: Chyżwar; kat. II)

7 thoughts on “Jowisz.

  1. Łukasz, jak będziesz wydawał opowiadanie to zakończ je ćwiczeniem dla czytelnika (taka moda teraz).

    Ja, ….. ….. zbliżam się do Jowisza i widzę coś wspaniałego ….

    Gorzej jak czytelnik nie będzie wiedział co wpisać.
    Ale może to znak, że jeszcze nie czas na niego.
    Tak się pocieszam.

    Ps. Za mało skomplikowanych słów, jak na konkurs SF. Inaczej byłoby podium, jak nic 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *