Internet. Czas się bać.

Wojciech Orliński opisuje zagrożenia, jakie jego zdaniem niesie ze sobą globalna sieć, konkretyzując, co straciliśmy: wolność wyboru, prawa, dostęp do informacji, prywatność, wolność słowa, pracę, kulturę i transparentność. Internet, diabeł wcielony, odbiera nam te dobra w coraz większym stopniu; klęska ludzkości czeka za progiem.

Autor największe zło dostrzega nie tyle w samym systemie www, co w monopolizacji branży przez gigantów: Google, Amazon, Facebook i innych. Oni dyktują warunki, rządząc i cyfryzując nasze dusze.

Książka niewątpliwie niesie sporą dawkę wiedzy w temacie, aczkolwiek niektóre kwestie rysują się dla mnie, niezbyt przecież biegłego w komputerach, jako oczywiste. Ogólny mechanizm walki o wpływy w świecie nie jest również niczym nowym. Co ciekawe, Orliński momentami zbliża się do koncepcji spiskowych teorii, a przecież reprezentuje środowisko wyśmiewające takie podejście.

Autor pracuje bowiem na co dzień w wielkim koncernie medialnym, kojarzonym z dosyć wyraźnym światopoglądem i sympatiami politycznymi. Doceniam szczerość, z jaką przyznaje się, iż sam (i jego pracodawcy) korzysta z ułatwień internetu i jego rządców. Ogólnie przedstawia pogląd, iż pomimo dobrodziejstw, sieć niesie niepomiernie więcej zagrożeń.

W wielu miejscach omawianego dzieła mowa jest o sprawach luźno związanych z internetem, a bliskich dziennikarskiemu sercu twórcy. Znajdziemy tu i sprawy bieżące, spory, polemiki nasze polskie, czego wymownym dowodem jest kilkakrotne wjechanie w dyskurs, a jakże: katastrofy smoleńskiej.

Wyczucie Wojciecha Orlińskiego możemy częściowo już ocenić: minęło od napisania książki sześć lat. Rzeczywistość chyba nie rysuje się w tak ciemnych barwach, choć faktycznie sieciowi monopoliści panoszą się mocno. Każdy niech oceni po sobie.

Chociaż w tytułach dwóch ostatnich rozdziałów mamy mocną zapowiedź remedium („Jak odzyskać”, „Jak wsadzić kij w szprychy”), to jednak recepty nie otrzymujemy zbyt przekonującej. Wiara, że regulacje prawne demokratycznego systemu opanują sytuację, jest poddawana w wątpliwość… w innych rozdziałach.

Odnoszę się też do problemu osobiście: istotnie, moje dane rządcy dygitalni mają na jedno kliknięcie. Nie jestem chyba zbyt atrakcyjny, gdyż nie odczuwam zhakowania. A jeśli służby chciałyby mnie dopaść, poradziłyby sobie i bez tych danych. Natomiast moja wolność wyboru nie ulega sugestiom sieci; bronię się potęgą umysłu, podobnie jak przed wpływem reklam, tv, maistreamu, głupotą tłumu, etc. Czy jestem naiwny w swej pozie nietzscheańskiego übermenscha? 😉

Niewątpliwie prawdziwie brzmi teza, iż oddajemy część naszych praw w internecie, który nie daje nam wyboru. Podobnie rzecz się ma z już wcześniej istniejącymi systemami – bankowym, telefonicznym czy rozmaitymi instytucjami państwa. Czy sieć i jej władcy zniewolą nas mocniej – kwestia dyskusyjna. Pomoże w jej ocenie lektura tej pozycji.

Łukasz Klaś

2 thoughts on “Internet. Czas się bać.

  1. Ja tam się nie boję, w końcu muszą dbać o użytkowników neta, żeby mieć komu reklamy puszczać i kasę bić. A ruch Anonimus coś przycichł, gdzie ta rewolucja?😬🤔🙃☺

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *