Finisz.

Łykasz rozpaczliwie powietrze, rozdziawiając usta na szerokość pozaszczękową. Twarz układa się w estetyczny wyraz cierpiącego półtrupa. Ołowiane nogi kręcą się już tylko siłą rozpędu, albowiem paliwo dawno wyczerpałeś. Cały organizm, na czele z tym zdrajcą mózgiem, krzyczy: stań! Lecz ty bohatersko ciśniesz dalej, mając przed oczami tylko jeden widok: metę. Zanurzasz się w wielbioną przez twardzieli magię finiszu.

***

Z punktu widzenia taktyki biegów długich, aby finisz spełnił swoją rolę, warto mieć go dobrze rozplanowanego, kontrolując tempo aż do ostatniej kreski. Łatwo powiedzieć. O wiele częściej końcowe metry dystansu to desperacka i chaotyczna próba przyspieszenia, na granicy kontroli nad ciałem. Słyszy się często po zawodach: nic nie pamiętam z końcówki. Któżże z nas tak nie miał! Lecz można też podejść do sprawy metodycznie, zwiększając szanse na sukces.

***

Ostry zryw przed metą jest sensowny w wypadku walki o jak najlepszą lokatę. Jeśli biegniemy celem uzyskania najlepszego czasu, o wiele lepiej trzymać równe tempo, ewentualnie stopniowo przyspieszać na dystansie (negative split). Na końcu możemy co najwyżej urwać kilka sekund; oznacza to, że nie wykorzystaliśmy właściwie sił wcześniej, co przyniosłoby większy zysk. No chyba, że robimy to dla efektu. Wtedy dociskamy przy fotografach (zawsze tam są) na maksa, prezentując walkę herosią. Zauważmy, że finiszem łatwiej się wylansować niż na starcie, gdzie gęstwa narodu tłumem wali, do obiektywów ryje szczerząc.

Na starcie gęstwa… Fot. Agnieszka Andrzejewska/parkrun Kalisz
…mniejsza lub większa, ale gęstwa. Fot OWM.

Przygotowanie dobrego finiszu na treningu nie jest łatwe. Wymaga sprawdzenia tego elementu w warunkach bojowych, oznaczających bardzo mocny akcent. Taki plan wymaga czasu. Jeśli nim dysponujemy, bardzo dobrze. Testujemy różne warianty, dłuższe i krótsze. Po kilku próbach czujemy i potrafimy się zorientować, czy lepiej sprawdzamy się na długim, czy krótszym odcinku przyspieszenia. Idealnie byłoby przećwiczyć opcje na mniej ważnych zawodach. Wiele nie ryzykujemy, wszak tak czy siak jakoś do mety się doczołgamy.

Przykład z mojego ukochanego dystansu, czyli zawsze nudnych piątek podaję. Długi finisz to 500 metrów, krótki 100 metrów. Powyżej wartości 10% dystansu nie można raczej mówić o finiszu, to po prostu przyspieszenie w drugiej części biegu. Ogólna zasada mówi, że mocniej zbudowani powinni raczej mierzyć w krótką końcówkę. Lecz są to wszystko sprawy indywidualne. Każdy musi sam znaleźć swoje przeznaczenie; ewentualnie z pomocą trenera. ☺ Dobra końcówka zawodów nie polega na nagłym zrywie do sprintu, lecz stopniowym przyspieszaniu. Rozegrajmy to na naszych warunkach. Wtedy zwiększamy szansę na kontrolę wydarzeń, zmniejszając jednocześnie ryzyko kontuzji.

Oczywiście, można w tym temacie iść zupełnie na żywioł, przedkładając spontaniczną akcję nad skrupulatny plan. Jak kto chce. Lecz ja pamiętam słowa mistrza jazzu: najlepsza improwizacja to ta dobrze przygotowana. Biegajmy jak z nut.

Powie ktoś, iż to szczegóły, a na końcu wygra i tak najlepiej wytrenowany. Owszem, niemniej siła woli też odgrywa swoją rolę. Kto trenuje mocno, nie stroniąc od wychodzenia poza strefę komfortu, łatwiej rozegra koniec wyścigu. Aby „dać z wątroby”, trzeba tam wcześniej zgromadzić paliwko.

***

Na igrzyskach w Lake Placid 1980 Juha Mieto przegrał z Wassbergiem 0,01 s na 15 kilometrów. Jakieś 6 centymetrów.

Życzę Wam udanych finiszów.

Łukasz Klaś

Fot. Okł. Agnieszka Andrzejewska/parkrun Kalisz

2 thoughts on “Finisz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *