Ełcka ekspresowa sobota…


Na bardzo ciekawej nudnej piątce. parkrun, wiadomo.

Skok z Warszawy dziwny, albowiem szybciej o 20 minut od planowanego; jakaś kosmiczna linia, wysiadam spoglądając na zegarek, czy aby los się nie rozmyślił.

Miasto Ełk wita mnie ładnością, ukazując czystość i schludność, dobrze komponującą się z wiosennym nastrojem. Ludzie uśmiechnięci, uczynni. Dworzec porządny i galeria obok stoi, jak się należy.

Świątynia konsumpcji zrealizowana w interesującej brązowości, a mnie z drugiego planu znów prześladuje siłka Calypso.

Brama Mazur…

Widać dosadnie, że Ełk w rozkroku pomiędzy dwoma krainami stoi. Wartościowa to pozycja, wziąwszy turystykę pod uwagę, choćby i parkrunową.

…czy Wrota Podlasia?

W hotelu wyczuli, kogo goszczą, uhonorowawszy mnie 6 piętrem bez windy. Kawa i herbata gratis, w tym owocowa rozpuszczalna i ręczniki w pokoju dwa. Korzystając z przepiękności dnia skłonu, wybieram się na rekonesans trasy.

Jezioro spotykam duże, do miasta przylegające, z brzegiem lekko falistym, kędy promenada bieży. To moja trasa, ślicznie kostką wyłożona.

Ładnie. Za ładnie. Ptaków także zastaję zestaw miejski, krzyżówki, łyski, kwiczoły, phy. Hospody pomyłuj, jeszcze gołębie. Beton i totalność, skarpa z trawnikiem przystrzyżonym i barierki. Stres rozładowują mi łabądzie; tak dużo ich, że na gęsie stado patrzą, a to już, no może nie dzikość, acz folklor na pewno.

Powoli zmierzcha, człapiąc wciągam zapach jeziora; uwielbiam – jedyna w swoim rodzaju kompozycja: woda, trzciny, ryby, przemokłe drewno. Przyprawa polskiego pojezierza.

Spotykam jeden znak parkruna, ale za to jaki; od razu robi się weselej.

Nawrotka oznaczona na koszu. Sympatycznie.

Wracając przez park mam ponownie wielkomiejskie, warszawskie wręcz deja vu: siłownia, mostek, amfiteatr, żwirek, nawet fontanna naszą multimedialność udaje, o, jaki układ sików zmyślny! No jeszcze Pałacu Kulury brak. Nad wszystkim czuwa Papież.

Sytuację próbuje ratować rzeczka, z tonią ciemną, ale słabo jest.

Żabiego rechotu brak. Żeby mnie choć komar upierniczył dla przyzwoitości, gdzie tam. Sterylnie. Ale toalety to zamknięte, na znak protestu sikam pod krzak.

Nawet plaża jakaś taka urbanistyczna😯

Jutro przyjdzie wielki dzień, ma być już kompensacja po maratonie, chcę szybkości. Nie popuszczam sobie, całe drugie pół dnia reżim pokarmowy: czeko tylko gorzka, banany, chudy jogurcik, mineralna. Za obietnicę: jeśli będzie zwycięstwo i czas znośny, odłakomczuchuję jutro. Teraz dobłanoc.

Świta, ptasi grają, kwiecie pachnie. Na start! Zbiera się towarzystwo interregionalne: kolega z Warszawy (a jakże), jest Giżycko, Białystok. Koordynatorzy przemili, ze swadą i kompetencją wszystko objaśniają.

Bieg, jak widać, bez historii. Jedenaste zwycięstwo lokalizacyjne odniesione, ale czas aż wstyd, jestem zły. Oh.

Czas do wyjazdu spędzam oglądając tunelową galerię fotografii; zakładam załączenie najciekawszego zdjęcia. Niemniej nie mogąc się zdecydować, wrzucam ostatecznie dwa.

Na koniec zauważam, że w nazwie miasta mieszczę się ja, zabawnym kalamburem.

Opuszczam Ełk z pozytywnymi wspomnieniami, wyjazd za udany uznając. parkrun, ludzie, miasto są świetni. Wrócę, kiedyś na pewno.

2 thoughts on “Ełcka ekspresowa sobota…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *