Dogrywka.

Stumilak: ponad 170 kilometrów po Beskidach; po połowie dystansu uczestnicy stają przed wyborem: kończyć i odebrać medal w wersji „100 km” czy próbować całość? Na jednej z szal alternatywy leży argument: przecież w razie czego można poprawić za rok…

To tylko jeden z przykładów spotkania biegaczy z powtórką, ponowną próbą, poprawką, ergo: dogrywką. Ileż spraw nie kończymy za pierwszym razem, zmuszając się do niemiłych rozważań: wrócić i zamknąć czy olać?

Dla biegacza-amatora, takiego jak ja, akcja może tyczyć trzech zagadnień: uzyskania konkretnego czasu, zdobycia wymarzonego miejsca lub w ogóle ukończenia imprezy.

Kiedy staramy się o wymarzoną życiówkę, wiele prób jest rzeczą naturalną, zwłaszcza na 5 czy 10 km. Gorzej wygląda to w wypadku maratonu, gdyż często oznacza kilka miesięcy treningów przed następną szansą…

W ściganiu się „na miejsce” charakterystyczna przy kolejnym podejściu jest niepewność, jak silna stawka wystartuje tym razem. Wprowadza to dawkę adrenaliny przed zawodami, dla niektórych motywującą, innym zżerającą nerwy. Gdy dobrze przygotowani, pełni nadziei ustawiając się przed starterem dostrzegamy wyczynowca, który właśnie zdecydował się dołączyć…

Kategoria „próbuję, aż ukończę” dotyczy raczej ultramaratonów, gdzie miano finiszera daje powody do dumy. Tu najwięcej zależy od nas, czasem tylko pogoda dołoży swoje pięć groszy. Jednak rozsądnie patrząc i słuchając porad doświadczonych osób możemy stwierdzić, czy kolejny atak na limit ma sens.

Warto stawiać przed sobą cele, albowiem motywują one do rozwoju. Kształtują siłę ducha i ciała, pozwalając nam stawać się mocniejszymi i odporniejszymi. A tylko silni potrafią pomóc słabszym – w bieganiu i w życiu. Następujące po sobie mniejsze i większe porażki wkładajmy na półkę „nauka na przyszłość”; wyciągając wnioski, przyjmy przed siebie. Dogrywka! Dogrywka!

Naturalnie, istnieje inna ścieżka, niekoniecznie gorsza. Pogodne pogodzenie się z niewygraną i przejście do kolejnych celów bywa mniej stresujące i czasami rozsądniejsze, niż bicie głową w mur. Lecz to zależy od konkretnych sytuacji, gdyż każdy z nas jest indywidualnością, każdy bieg jest inny, a życie ma więcej barw niż czarny i biały.

Ja, chcąc zrealizować projekt „Diadem” – zwycięstwo we wszystkich parkrunach w Polsce – skazałem się wręcz na powtórki. Nie, wcale tego nie lubię. Nie cierpię przegrywać. Lecz świta mi często i pociesza taka myśl: gdybym wszędzie wygrywał za pierwszym razem, jaką miałoby to dla mnie wartość? Zatem zaciskam szczęki i kolejny raz melduję się na niektórych moich „ukochanych” lokalizacjach. W takim Chrzanowie już trzy razy zęby połamałem. Kilka miejscowości odwiedzę na tej ścieżce jeszcze przynajmniej raz… I jutro się wybieram. Wyruszam na zachód, oby się tam nie chciało wybrać jakimś zawodowcom.

Oczywiście, można cieszyć się samym bieganiem, być szczęśliwym, nie przejmować się celami. Tuptać bez stresu i w komforcie. Nawet zdrowo.

Lecz to nie ja; mnie samo bieganie nie wystarcza.

Cel: status Diadem parkrun 68/68.

W sobotę kolejny krok.

Łukasz Klaś

1 thought on “Dogrywka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *