Czołg.

Znajoma, młoda, lecz dzieciata, niemniej kobieta pełna i ostra, w krasie, opowiada mi o pierwszej wyprawie z potomkiem do ZOO. Chłopiec żwawo już bryka, acz jeszcze przed postrzyżynami: oczko w głowie mamusi. Tną nieleniwie główną aleją, ona wpada w erudycyjną narrację, przekonana, iż maleństwo spija wiedzę z ust rodzicielki: proszę bardzo, tu wydra, a to muflon, a taki pelikan to potrafi piętnaście litrów naraz łyknąć dziobem. Wszystko szło nienajgorzej, synek dosyć zgrabnie zainteresowanie udawał, gdy wtem z bocznej alejki wyjechał traktor.

Właśnie.

Nie jakiś czołg, nie nawet kombajn czy inny ciągnik respekt gabarytem wzbudzający; toczył się wesolutko po asfalcie pojazd wielkości małego fiata z wesołą przyczepką (wiecie co to mały fiat? Dobrze. Jak nie wiecie, to czekam w komentarzach.). Co kilka klatek przystawał i jeden pan widłami sianko zrzucał, drugi w kabinie gumę żuł. Dziecku zapaliły się oczy i zostało porwane mentalnie bez oporu. Z zachwytem.

Jaki piękny traktor.

– Zgaduję, iż zaraz się dowiem, kto kim rządzi, w waszej rodzinie.

– Oczywiście, głupku, myślisz, że owinę w bawełnę? Półtorej godziny snuliśmy się za tym dymiącym ścierwem. Aż ci goście zaczęli na mnie patrzeć, no ja wiem? Wzrokiem Cristiano Ronaldo co najmniej. Dobrze, że to trawsko im się skończyło. Tyle wyszło z lekcji zoologii. Dno.

– Nie przesadzaj – spróbowałem ją pocieszyć. – Zaliczam wam tę wydrę, muflona i pelikana, pod warunkiem, że opuścisz z dzioba do dziesięciu litrów.

– Znakomicie. Do ogrodu botanicznego ty z nim pójdziesz. Zapłacę za bilet…

 

***

Slack – rozrywki okołobiegowe skierniewickie. 🙂

Do Skierniewic przyjechaliśmy w chwale kolejarstwa polskiego: punktualnie. Drepczemy do parku, a przed wejściem stoi on. Dumny, ciemny, majestatyczny. Nieodparty.

– Jaki śliczny czołg – powiedziała Agnieszka.

Taka kupa żelastwa promienieje jakimś urokiem nieodpartym; bydlę wielkie, niezgrabne, rdzą nadżarte, a patrzcie. Na obie płcie działa, od wieku niezależnie. Ludzie wariują na sam widok ustrojstwa. Niby symbol wojny, zniszczenia, pożogi i zła, a przecież tęsknotę i tkliwość wyraźnie wzbudza. Za plastikowych zabawek rajem dzieciństwa utraconym? Za stalową opoką, co wszystko złamie? A może Janka Kosa (paniom) i Marusię (panom) wzdychliwie narzuca? (To z Czterech pancernych. Wiecie, co to Czterej pancerni? Dobrze. Kto nie wie, to zapraszam do komentarzy)

– Ale on nie ma lufy – zatroskała się moja towarzyszka.

No żesz. Nie idę tędy pierwszy raz.

– Ma, tylko wieżyczka zasłania.

– Nie ma, to jest jego przód – wyjaśnia znawczyni militariów wojskowych.

Podchodzimy bliżej.

– Musimy sobie zrobić zdjęcie – oznajmia kobieta promieniejąca.

Oczywiście, że musimy. Wpadam w elokwencję i zasypuję informacjami o tonażu, odrzucie, korzyściach napędu gąsienicowego…

– Ale jaki on ładny – ona wie, co ważniejsze.

Skierniewice wcale ładne miasto – i wojewódzkie kiedyś – a takie miano niech zostanie w tytulaturze dożywotnio. I ośrodek prężnie w sadownictwie działający, czego dowodem jabłkowy chodnik. Dworzec śliczny, a na peronie Bolesław Prus stoi i laską Łęckiej wygraża, niewiernej. Park drzewiasty i ludzie serdeczni.

A przyjechaliśmy tu na parkrun! Biegać, a ja wygrać, bo ostatnio za Wojtkiem przybiegłem. I trasa piękna, przez mostki się ściele. Pogoda uszyta na złotą polską jesień perfekt. Start.

Wyszło znakomicie. Aguś pobiegła sobie truchcikiem z ariergardą, a ja… Tak. Drugi raz finiszowałem drugi. Z tym samym gościem przegrałem, czas fatalny uzyskując. Fajnie.

Ale za to jaki ładny czołg.

Sami przyjedźcie, to się przekonacie, jak tu miło.

I dowiecie się, co to jest jabłkowy chodnik.

I czy ta kupa złomu ma lufę.

 

Łukasz Klaś

 

3 thoughts on “Czołg.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *