Bieszczady.

Te góry są niekwestionowalne, zwłaszcza dla biegaczy. Otaczający je nimb traperstwa i dzikości jeszcze długo nie straci swego blasku, przyciągając niespokojne i romantyczne dusze. Tu się oddycha przestrzenią i przyrodą, zostawiwszy cywilizację gdzieś het za sobą. Zew ów słychać w powietrzu; Bieszczady ciągle wołają. Któżże pozostanie obojętny na ich wab?

Jedziemy w ten weekend, przedłużając go aż do wtorku. Sposobną ta pora! Największy nawał krupówkowych turystów zszedł już w doliny i rozpłynął się w miejskich mgłach. Luźniej robi się na szlakach, a w miejscach mniej popularnych – całkiem odludnie. Spokój i cisza zapraszają, a temperatura jeszcze nie całkiem jesienna. Za to drzewa pokolorowawszy liście odprawiają październikową orgię barw. Chcemy to zobaczyć; w biegu, marszu, zachwycie.

Do wyjazdu na połoniny zachęca również pora roku. Zdradzę Wam wielki sekret: w zimie bywa mroźno, a latem gorąco. Co z wiosną?! -Zakrzykną entuzjaści świeżej zieleni, ptasich treli i kwiatów. Otóż, psze państwa, ta pani cechuje się niezmiennie zmiennością, pogodowymi humorami potrafiąc wyjazd zepsuć. Inaczej jesień się prezentuje, stateczniejszą aurę przynosząc. Łaskawa to dla szuraczy dama.

***

Przybywamy do Cisnej tydzień przed wielką imprezą – Ultramaratonem Bieszczadzkim. W następny weekend zjadą tu miłośnicy górskiej wyrypy i poniewierki. Niektórzy zaliczają te zawody, aby otrzymać dodatkowe punkty, zwiększające szansę w losowaniu do słynnego Rzeźnika. Lecz teraz szlaki oferują jeszcze spokój. Potrenujemy solidnie, a spotkania z nielicznymi biegaczami tylko uatrakcyjnią wypad.

Bieszczady! Bieszczady! Chciwe drzewa wsysają poranną mgłę, jakby chciały, odsłoniwszy słońce, pokazać nam się w pełnej krasie. Zanurzamy się w las, pachnący geosminą, tłoczący w nasze spragnione, miejskie płuca, najwspanialsze na świecie powietrze. Tutaj każdy oddech i krok zdaje się przynosić podwójną wartość, czyniąc wysiłek czystą radością. Pierwsze liście szeleszczą pod stopami, umiękcając i tak komfortowy kobierzec puszczańskiego szlaku. Czuć grzyby, mchy, paproć i mokre drewno. Nie zatrzymujemy się, nawet gdy widzimy piękne brązowe kapelusze. Dalej! Dalej! Wtłoczmy trudem w mięśnie te górskie zbocza i ścieżki. Niech wielka moc przyrody przysporzy nam szybkości, potrzebnej, aby sięgać wynikami wyżej i wyżej. Nie ma zdrowszej okolicy dla biegania i basta!

***

Przyjeżdżamy z nieśmiałą nadzieją, iż wreszcie dane nam będzie skosztować kultowych naleśników z jagodami w słynnej Chacie Wędrowca. W sezonie rezygnowaliśmy na sam widok tasiemcowej kolejki. Może październikiem się uda? Trzymajcie kciuki, gdyż, między nami mrucząc, nieostatni to powód naszej wyprawy. Darz naleśnik!

***

Otaczając zasłużonym entuzjazmem bogatą przyrodę bieszczadzką, życzymy misiom, aby chodziły swoimi rewirami w ostępach, omijając nasze ścieżki. Chyba już obżarły się urodzajem tegorocznym leśnych płodów na tyle, iż sadło grube przygotowawszy, senność zimową powoli ziewaniem przyzywają. Niechże pogardzą chudymi, warszawskimi żylakami! Wcale za interwałem z niedźwiedziem za plecami nie tęsknimy. Do gawr, kudłacze miłe!

A błoto? Błota nie będzie.

Łukasz Klaś

6 thoughts on “Bieszczady.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *