Biegnij w góry.

– Napieramy dzisiaj na trasę z podbiegiem – oznajmił stanowczo Gruby, kiedy tylko się przywitaliśmy, markując rozgrzewkę jakimiś mętnymi krążeniami ramion i nóg.

Asia westchnąła, lecz wtedy nikt nie zwrócił na to uwagi. Popatrzyliśmy za to z troską na Michała, czy mu przypadkiem pączki wczoraj nie zaszkodziły. To pytanie okropnie go zdenerwowało.

– Sami wpieprzacie aż miło! – Spurpurowiał. – Babka w cukierni mi mówiła, że dwadzieścia kupiłeś! – rzucił Władkowi w twarz. Ten nie spanikował.

– Kupowałem dla całego mojego działu – Wymiatacz lubił podkreślać swoje stanowisko, ponoć niebotycznie wysokie.

– Akurat. Dyrektor dwuosobowego departamentu – mruczał pod nosem Misiu, powoli się uspokajając pod wzrokiem Asi Fitnesówy.

– Ruszymy wreszcie? – spytała hrabina, oglądając swoje paznokcie, pomalowane na pączkowy brąz z jakimś wzorkiem.

Pomknęliśmy w kierunku rzeki, rozpoczynając statecznym truchtem, w myśl wskazań najlepszych fachowców.

***

Wiadomo, że jak chcemy zażyć straszliwych wspinaczek w naszym wybitnie płaskim mieście, pozostaje nam podbieg na most. Gruby parł jak taran, na ślepo, jakby go jakaś Lorelei wzywała.

– No powiedz o co ci biega – wyraził ciekawość wszystkich Marek.

Gruby sapał, lecz dzielnie rzecz eksplikował.

– W górach jest wszystko, co kocham – zaczął oryginalnie – przyroda, wyzwanie, cisza, wolność. Czuję ich zew, ilekroć buty na podwójny węzeł spinam. Tylko tam znajdziecie istotę naszej pasji, wyrażoną bielą szczytów, zielenią dolin, srebrzystością skał, turkusem jezior, błękitem nieba i złotem słońca. Tam czeka prawdziwa przygoda, szlak zwycięzców i dzikość serca.

Nie można powiedzieć. Zrobiło wrażenie. Zwłaszcza te kolory zadziałały z lekka wstrząsająco. Kto by pomyślał, że z Misia taki pejzażysta; wszak na co dzień wgapiony jest w różowo-pomarańczowe Asine fitciuszki.

Aż zwolniliśmy nieco.

– Nie żebym psuł nastrój – odezwał się Tadek – ale słońce i niebo masz i tutaj.

Gruby aż jęknął.

– Oto epickość dziecka cywilizacji – hamletyzował. – Zaprawdę, powiadam ci: unieś wzrok znad ponurości asfaltu i wzwyż patrzaj!

Asia milczała. Przyspieszyliśmy. A przynajmniej tak nam się wydawało.

– No dobra – wtrąciła się hrabina – czemu akurat teraz tak cię z tą góralszczyzną odblokowało?

Popatrzyliśmy na Michała, bo chyba każdy o to chciał spytać.

– Ponieważ jedziemy z Aśką na obóz biegowy w góry – oznajmił tonem co najmniej himalaisty, tocząc dookoła triumfalnie wzrokiem.

Fitnesówa nie wyglądała na zachwyconą.

– Ze słynnym teamem Parszczyńskich? – Marek wymienił znaną topową trenerską parę, organizującą takie wyjazdy.

– Nie.

Asia wyglądała na bardzo niezadowoloną.

– To z kim?

– Jedziemy sami – triumf Michała dało się słyszeć w każdej głosce.

Asia była bliska eksplozji.

– Życzymy szczęścia młodej parze! – Oznajmiliśmy radośnie, przezornie trzymając się z dala od nadobnej furii.

– To wyjazd sportowy – wysyczała nasza blond piękność – nie słyszeliście o korzyściach z pobytu na dużych wysokościach?

Zaczęliśmy się zastanawiać.

– Integracja – wymsknęło mi się.

– Widzę, iż muszę was doedukować – wymądrzał się Gruby. – Otóż przebywanie w górach, zwłaszcza połączone z intensywnym treningiem, pozwala na odniesienie wymiernych korzyści, wyrażonych w skokowym zwiększeniu parametrów fizjologicznych układu krwionośnego, oddechowego i mięśniowego.

– Czyli co?

– W górach czerwone krwinki…

– Nie czerwone, tylko białe.

– I nie krwinki, lecz płytki.

– Wcale nie, osocze.

– Mówię wam, zwiększa się ilość hemoglobiny.

– Nie ilość, tylko przyswajalność.

– Tlen wnika głębiej do komórek.

– Nie, do naczynek kapilarnych.

Przez chwilę trwała dyskusja na poziomie, no, przynajmniej licencjackim. O dziwo, pomimo różnic w przesłankach, co do wniosku zgodziliśmy się wszyscy: warto trenować w górach.

– Poza tym – dowodziła Joanna z błyskiem w oczach – tam jest wszystko czystsze: powietrze, woda, toalety. Samo zdrowie.

Nikt nie ośmielił się protestować, choć te toalety wzbudzały wątpliwości.

– A gdzie konkretnie się wybieracie?

– Do Karpacza.

– O! – Zauważyła bystro hrabina Szczydoniecka. – Tam jest smog.

– Nie, smog jest w Zakopanem.

– Ale tylko jak ludzie przyjeżdżają na Małysza.

– Na Stocha, na Małysza to się wybierali dziesięć lat temu.

– To wszystko jedno.

– Nie, bo na Małysza inwazja była większa.

– A ten Karpacz to gdzie leży w ogóle?

– W Karkonoszach.

– Nie, w Sudetach.

– Czyli w Karkonoszach, bo one są częścią Sudetów.

– To Sudety leżą w Karkonoszach…

Przez moment porządkowaliśmy geografię. Wystąpił problem, czy nad Karpaczem króluje Śnieżka czy Babia Góra, oraz z kim tam graniczymy.

– Na pewno z Czechosłowacją – zauważył zgryźliwie Marek.

W sumie, to nie takie ważne. Grunt, że korzyści treningowe i zdrowotne szykują się wymierne. Ale im zazdrościliśmy.

Zapadło postanowienie, aby porównać formę naszej parki przed wyjazdem i po. Podbieg na most wydał się do tego idealny, aczkolwiek Gruby nie wyglądał na zadowolonego.

– Dawaj, karpacki ultrasie – dopingowaliśmy go.

– Jesteście profani – machnął ręką Gruby – warto jechać w góry, bo tam jest pięknie.

No fakt, jest. Jako się rzekło, zawiść nas zżerała. Biegaczu, jak tylko możesz, dawaj w góry.

Tymczasem stanęliśmy przed mostem, na dole.

– Robimy podbiegi – zakomenderowałem – Michał, ty pierwszy. Żebyś nie narobił nam w Karpaczu obciachu!

 

Łukasz Klaś

7 thoughts on “Biegnij w góry.

Pozostaw odpowiedź Łukasz Klaś Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *