Niechyża Durbaszka.

Taką przebieżkę zaplanowaliśmy na obóz zawczasu: trasą półmaratonu Chyża Durbaszka. Na kwietniowym festiwalu Biegi w Szczawnicy cieszy się ta trasa niesłabnącym zainteresowaniem. Kto wie, może i my kiedyś staniemy w szranki? Spróbujmy zatem skosztować grani Małych Pienin u krańca zimy. Warunki mamy raczej wczesnowiosenne.

Rozgrzawszy się żwawym truchtem do centrum Szczawnicy, wskakujemy do pustawego busa. Po kilku minutach wysiadamy w Białej Wodzie. Stajemy na starcie we dwoje, wywołując głośny entuzjazm u kibiców: trzech sympatycznie szczekających psiaków. Odpalamy nieleniwie na Chyżą Durbaszkę.

Zaczynamy drepczącym kłusem szosą, potem bitym traktem. O dziwo, śnieg dopisuje, mimo, iż ledwo oderwaliśmy się z parteru na pierwsze piętro. Zanurzamy się w rezerwat Białej Wody, którego urodę trudno opisać – to trzeba zobaczyć. Zjawiskowe skały, progi wodne, drzewa i potoki doprawia nam kołujący nad głowami myszołów, charakterystycznym odezwaniem „klijee!” witając w głuszy. Asfalt zwinięto, domostwa pozostały za nami; cywilizacja uleciała, oddając nas górom.

Pierwsza niespodzianka spotyka nas na rozdrożu: musimy przeskoczyć strumień, co o tej porze roku dostarcza dużo więcej emocji, niż latem. Mijamy – oczywiście pustą – serową bacówkę, wychylając na szeroką płaśń, prowadzącą na Przełęcz Rozdziela. Śniegu i lodu przybywa pod stopami, a że wiatr rozkręca harce, czujemy się jak na lodowcu. Dolina, rozpostarta w tym miejscu szeroko, cofa las na krańce zboczy. Dwoje eksploratorów, wystawionych na pastwę mroźności, posuwa się naprzód zgoła niechyżo.

Samotni, wkoło się rozglądamy, lecz innych wędrowców brak.

Na siodle skręcamy w prawo niebieskim szlakiem, rozpoczynając wspinaczkę pod Wysoką. Plany biegania musimy odłożyć, maszerując ciężko w kopnym śniegu, po łamliwej szreni i śliskim lodzie. Takie warunki panują na większej części naszej trasy. Z rzadka trafiają się odcinki ubitej ścieżki. To wycieczka w mocnych zimowych warunkach, a nie bieg.

Pokonywanie kolejnych skalnych turniczek w grani dostarcza emocji śliskością, wichrem, a miejscami i ekspozycją. Nie wiem czemu niebieski szlak rozdwaja się (!) w szczytowej partii Wysokiej. Zaliczamy nieplanowaną wspinaczkę zimową. Z ulgą zsuwamy się do gościnnego schroniska pod Durbaszką. Zacny to przybytek, nie mający w ofercie alkoholu, fiu, fiu. Spotykamy wreszcie ludzi… z obsługi.

Dalsza część dystansu prowadzi dużo łatwiejszym traktem. Miejscami szuramy raźno. Przeskakujemy nad stokami Szafranówki i Palenicy, gdzie trwają narciarskie ostatki, żeby nie powiedzieć: dożynki. Frekwencja i entuzjazm na wyciągach panuje symboliczny. Kończymy grań Małych Pienin zlatując na złamanie karku ku Dunajcowi, zażywszy po drodze gliniastego błotka. Pod schroniskiem Orlica, wzdłuż brzegu, czeka na nas wygodny i suchy chodnik promenady. Tutaj odrabiamy jeszcze zadania treningowe; odłożywszy plecaczki, kilkanaście sprintów na dobicie. W nagrodę obserwujemy wyjątkowo wczesne toki zimorodków i udajemy się na zasłużoną ucztę do efektownego budynku Orlicy. Rekomendujemy z przekonaniem: sprawdźcie ofertę gastronomiczną i noclegową, bo warto.

Pomimo, iż zimowa Durbaszka niewiele miała wspólnego z szybkim bieganiem, przepełnia nas zadowolenie. Spotkaliśmy wreszcie ostrą zimę, a nogi dostały dawkę wysiłku. Nad Dunajcem pięknie mija nam czas.

***

Łukasz Klaś

2 thoughts on “Niechyża Durbaszka.

  1. Jestem z Was dumna. Daliście radę. Małe Pieniny kocham, ale zimą bym na Wysoką nie poszła. Tamte strony przepiękne. Pod Durbaszką również byliśmy jakis czas temu i schodziliśmy super trasą do Jaworek, skałki, owieczki.

    Pozdrawiam serdecznie z Krakowa bez śniegu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *