Lubię poniedziałki… po majówce!

…można wreszcie odpocząć po wypoczynku, uwzględniwszy przy tym dwie sfery: fizyczną i psychiczną. Przy czym druga jest o wiele ważniejsza. Takie długie przerwy bywają bardzo męczące.

Najdłuższa majówka, dobrze, że już po… niedziałek☺

*** *

Temat wypaśnego weekendu pojawił się naturalną koleją, urozmaicając nasze cotygodniowe człapanie.

– Majówka rekordowo długa w tym roku – odkrywczo stwierdziła hrabina Szczydoniecka. – Zatem zróbmy coś razem, biegowo, coś mocnego!

Poczuliśmy lube mrowie zapału, rozchodzące się rozkoszną falą gorąca po mięśniach. Obowiązkowo, razem, z mocą! Spoglądaliśmy na siebie wzrokiem argonautów co najmniej.

Niestety, rzeczywistość sprowadziła nas na ziemię.

– Mam wizytę rodziny – zaczął smutno Tadeusz. – Z interioru.

– Ja trzy dyżury w pracy – nie owijałem w bawełnę. Z przebiegłą taktyką, bo naprawdę to dwa, ale wolałem się asekurować. Trzeba być jednocześnie lisem i lwem.

– U mnie poprawiny komunii dziecka kuzynki szwagierki siostrzenicy – dodał Gruby.

Spojrzeliśmy wszyscy na niego. Uznaliśmy jednak, że nie drążymy, co to są poprawiny komunii i nie rozrysowujemy stopnia koligacji.

– Ja mam sprzątanie Ziemii – stanowczo zaznaczył Komancz.

– A ja nieodwoływalną segmentację u wizażystki i wizażyzację u segmentystki – jasno postawiła sprawę Asia Fitnesówa.

– Ja dwa treningi na stadionie muszę – i Władek Wymiatacz nie zostawał w tyle.

– Ja mam wolne – oznajmił Marek, zwany Fanatykiem.

Jak on śmie. Draństwo. Alienuje się z grupy złączonej cierpieniem. Zabić, zakopać, nasikać.

Niemniej projekt wspólnej eskapady zbladł w świetle takiego nawału obowiązków. Co tu robić?

Męską decyzję podjęła hrabina. Dlaczego u nas męskie decyzje podejmują zwykle kruche dziewczyny, a delikatnością uczuć wykazujemy się my, faceci, gruboskórce ponoć?

– Słuchajta grupo – oznajmiła z ogniem w oczach nasza samica alfa – wszystkie duperele macie załatwić do czwartku. Sapristi! Sześć dni! Piątek  – sobota wyjazd biegowo-integracyjny całej grupy, bez rodzin, piesków, dzieci, rybek, narzeczonych i telefonów!

Nikt nie śmiał protestować. Czuliśmy się jak rycerze Joanny d’Arc, gotowi ruszyć w bój. Tylko Asia wykazywała odrobinę rezerwy. Pewnie przez ten telefon.

– Jedziemy autobusem Wymiatacza – hrabina nie odchodziła od stołu dyrygenckiego – i w nim śpimy.

Autobusem nazywaliśmy dziewięcioosobowego vana kolegi. Jak znalazł na tę okazję.

Władek skulił się nieco, ale milczał. Ona perorowała dalej.

– Najpierw ostro pobiegamy przełajem, a potem na ognisku wypróbujemy przepis Komancza na te rewelacyjne gruzińskie szaszłyki.

To była myśl. Poczuliśmy zapach jałowca i miłe swędzenie podniebień. No i ogień w podeszwach. Będzie bosko; dalej w dzicz!

Przybyliśmy punktualnie. Hrabina od razu otworzyła przed nami wodoszczelny worek. Osiem wypasionych fonów zniknęło w jego czeluści. Ale ta nie zamykała się. Wreszcie Asia, z miną Kimicica wkładającego bombkę do szwedzkiej kolumbryny, dodała drugi aparacik. Widać, że rezerwowy. Sprytne.

– Nie wtrącaj się – Marek zdążył zakryć Grubemu usta – one się naprawdę dobrze znają.

Burza jakoś przeszła bokiem. Fitnesówa nawet przejęła inicjatywę.

– Czy wszyscy mają składniki do szaszłyków wedle rozpiski!

– Tak jest! – potrząsnęliśmy workami z prowiantem. Wsiadamy.

Przy zajmowaniu miejsc było trochę zamieszania, bo Gruby chciał oczywiście siedzieć przy Asi, a ona nie chciała przy hrabinie; Komancz musiał przy oknie, a Tadkowi nie wolno w środku, bo go mdli. Skończyło się na tym, że Wymiatacz łaskawie pozwolił mu prowadzić.

– Tylko mocno wciskaj sprzęgło, to niemieckie cacko, nie jakieś tam fiatozłomy. Ruszyliśmy.

Swoją drogą, nikt nie pytał o alkohol. Byłem jednak dziwnie spokojny, że nie zabraknie.

Jedziemy, jest pięknie. Komancz nawet zawiódł pieśń bojarów putnych.

-Zatkaj się – warknął Tadek – mdli mnie.

– A mnie  jest mokro – dodał Michał. Asia popatrzyła na niego z niesmakiem.

Zatem postój. Tadek w krzaki, a tu faktycznie: na miejscu Grubego coś cieknie. Fitnesówa przepraszająco wycierała go czule, a my w głowę zachodzimy: skąd woda, toć upał i suchość saharyjska. Na szczęście przestało, a Tadek wrócił bledszy, ale spokojniejszy. Posadziliśmy go z dwoma torebkami na wszelki wypadek, a za kółko wrócił właściciel.

Jedziemy, jest pięknie. Komancz zaczyna znowu wyć. Na szczęście przy drugiej dumce dojeżdżamy. Wysiadka! Od skraju wsi, crossem w las. 15 kaemów, nie ma zmiłuj.

*** *

Biorąc pod uwagę brak telefonów oraz awarię gps w ultrazegarku Wymiatacza, bieganie wyszło nadspodziewanie dobrze. Odnaleźliśmy nasz pojazd po zaledwie trzech godzinach, pokonawszy istotnie 15 km. To się nazywa precyzja! A że, jak obliczył Tadek, Małysz dogoniłby nas po 4 kilometrach, to już mniejsza. Nie jesteśmy na Wings for Life, liczy się wysiłek i pasja.

Pachnęliśmy lasem i nie tylko, ubłoceni srodze. Dobrze, że autobus posiada rewelacyjny prysznic outdoor, z zapasem wody. Władek wlazł na dach, żeby uruchomić. Po chwili zszedł.

– Już wiem, dlaczego Miśkowi było mokro.

Woda wyciekła bokiem, częściowo przez siedzenie Grubego.

My, mężczyźni, stanęliśmy na wysokości zadania.

– Nie musimy się dziś myć – oświadczyliśmy dzielnie. Hrabina milczała. Za to Joanna nie owijała w bawełnę.

– Ja was pierdo..ę – stwierdziła słodko. – I wasze hipergadżety też.

Zwołaliśmy naradę, przykazawszy Michałowi zająć się pocieszaniem. Już po chwili ukazało się rozwiązanie. Asia umyje się u chłopstwa, gdzie i tak mieliśmy zakupić indyka na szaszłyk. I wody nabierzemy, jak nie w pierwszej chałupie, to drugiej. No nikt nie odmówi pomocy potrzebującym.

W pierwszym domu poszczuli nas psami. W drugim facet w klapkach i koszulce na ramiączkach zagroził policją. W trzeciej kobieta w chuścinie wysłuchawszy nas weszła do sieni i wróciła ze strzelbą w ręce. Taktycznie wycofaliśmy się na drogę. Wyjątkowo nieużyta okolica!

Szczęściem, napatoczył się chłopiec o obliczu sprytnym, choć bosy. Zapytany o radę, kiwnął głową ze zrozumieniem, jednocześnie wymownym gestem kciukiem o palec wskazujący pocierając. Kiedy wyciągnąłem dychę, pogardliwie odwrócił się tyłem. Na odległość Warszawę wyczuwają, sępy, chociaż samochód przezornie na radomskich blachach.

– Słuchaj, bąku – zacząłem delikatnie – masz dychę, ale jak wyjdziemy z wszystkim potrzebnym, niebieskiego dołożę. Po czym zamachałem mu pięćdziesiątką przed nosem.

Po chwili szliśmy pod wskazany adres, dziwiąc się własnemu szczęściu. Według informatora, państwo byli z Warszawy, bardzo uczynni, mieli fermę indyczą i dwie łazienki dla siebie plus jedną dla służby.

Na miejscu nie poszło tak łatwo. On może i jeszcze, ale ona, Asię zobaczywszy, też psa zawołała. Na szczęście York nie był zainteresowany skoczeniem nam do gardeł. Wydawało się, że szczytem negocjacji będzie łazienka dla służby i chuda indyczka za dwie stówy, gdy nagle hrabina spojrzała na kobiecinę i wrzasnęła:

– Jezu, pani ma koronki lipochruściane!!!

Jak Boga kocham, taka nazwa. Spotkały się fanatyczki. Asia zdążyła się wykąpac, my przemyliśmy się takoż, z gospodarzem dwie flaszki wciągnęliśmy, dwa tłuste indory sparzone czekały na haku, a te ciągle o rąbkowaniu, supełkach, wzorze lipowym, odmianie chruścianej i napełkach niecałych. Sekta. W końcu oświadczyliśmy Szczydonieckiej, że ją zostawiamy. Ledwo się dała oderwać, po wymianie numerów, żegnani błogosławieństwem poszliśmy. Kierujemy się na skraj lasu, a tu zza krzaka drobna postać wstaje i rękę wyciąga. Trzy godziny czekał, nygus. Wspomniawszy na koronki odżałowałem te pięć dych i wreszcie rozbiliśmy obóz docelowy. Zmierzchało już i głodni byliśmy jak psy. Na początek zagadnienie pryncypialne: kto w harcerstwie był i ognisko przygotuje? Okazuje się, że wszyscy. To znaczy do dyrygowania chętni, bo do noszenia gałęzi to już mniej. W końcu dziewczyny pognały nas do lasu.

– Zaraz – zatrzymał nas Marek – najpierw, tego… I pstryknął się w szyję. Okazało się, że alkoholu mamy powyżej litra na łeb (u koronkowych indyczarzy oni stawiali). W końcu majówka, można. Wypiliśmy w miarę i ogień już po kwadransie huczał, aż miło. Dawajcie ten przepis, szaszłyki na ruszt!

Komancz wyciągnął kartkę.

– Zaczynamy od gęsi – wydukał.

– Jakie kurva gęsi – wyrwało się Grubemu.

Wyniknął mały zgrzyt. Komancz twierdził stanowczo, że cały czas była mowa o gęsiach. Michała interesowało, czy nie zorientował się, że ptaki, pośród których piliśmy trzy godziny wódkę, miały czerwone korale i gulgotały, a nie pływały po stawie sycząc. Ultras wypraszał sobie. Jakoś nakłoniliśmy ich do zgody. Drób jest drób. W końcu pogodzili się, przykrawając ptactwo razem i klnąc z cicha, gdyż indyki jednak różnią się nieco od gęsi, a wskazówki mówiły o przycinaniu tych drugich. Ponadto dysponowali tylko jednym i to tępym scyzorykiem.

Tymczasem zabraliśmy się za sos. Kociołek był gotów specjalny, okopcony; trochę przeciekał, ale to drobiazg. Asia czytała z kartki.

– Oliwa prowansalska i chiński arak na czosnku. Hrabino?

– Twój Grubcio – odparła ta z uroczym humorem znad kieliszka – ja miałam przyprawy.

– Michał, dawaj tłuszcze – zachichotały. Jak to alkohol łagodzi obyczaje.

– Oczywiście, kochanie – Michał przybył w podskokach – ziele gruzińskie, kolorowy pieprz, kardamon, żeń-szeń i jak w piosence Garfunkela: pietruszka, rozmaryn, szałwia i tymianek.

Zapanowało chwilowe milczenie. Przerwała je hrabina.

– Ja ci dam Garfunkela, sieroto!

Nie zdołaliśmy dojść, kto zawalił. Chyba Marek pomylił e-maile. Mieliśmy zatem podwójnie przyprawy, ale bez oleju. Na szczęście Władek przypomniał sobie o starym zapasie masła w samochodzie. Dosypać mąki, to ja. Z dumą podałem paniom torebkę. Godzinę w markecie szukałem.

– Co to jest? – wysyczała  Fitnesówa.

– Zamówiona mąka, proszę panienki!

– To jest mąka z gryki, a miała być ryżowa grecka, idioto!

– A to nie to samo? Też coś, czepiają się. Ostatecznie i to biały proszek.

No i musiała się nadać. Potem przy sosie wynikło małe zamieszanie, gdy okazało się, że wypiliśmy nalewkę mającą być jego składnikiem. Czymś tam ją zastąpiliśmy, ale czym – nie pamiętam. W każdym razie na pewno alkoholem.

Jeszcze warzywa. Odpowiedzialni za nie przysięgali, że na dwóch bazarkach nie znaleźli ani cukini, ani bakłażana i że ogórek i kalarepa też się komponują. Przeszliśmy nad tym do porządku, bo resztę jarzyn mieli.

Szaszłyki nadziane, sosem polane. Niezbyt równo się piekły, bo i wódeczka się lała. Ale ostatecznie daliśmy radę.

Tylko wcale to nadzwyczajny rarytas nie jest. Mówię wam, przesada gruba. A tyle pracy przy przyrządzaniu.

To była udana majówka.

 

 

5 thoughts on “Lubię poniedziałki… po majówce!

  1. Wysiłek związany z przeżyciem tej majówki dobrze obrazuje zdjęcie przedstawiające uczestnika robiącego pompki 😁

  2. Fajne opowiadanie, zabawna historia, pośmiałam się 🙂 Przeczytanie tego zabawnego tekstu sprawiło, że poczułam się lepiej (mam infekcję) 🙂 Masz talent pisarski. Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *