Tatrowanie zimą.

Porywam się na zimowe Tatry; trzeba wreszcie na drugie piętro zaglądnąć. Prognozy pogody są średnie, co wzmaga ostrożność. Tym bardziej, że wybieram się na wierchy i percie sam, mając tylko na odległość duchowe wsparcie Agi. Ona, biedactwo, musiała zostać w Warszawie. Mnie do Zakopanego dowożą siostra z tatą, którzy poczekają na parterze, wędrując w dolinach. Parking 10 zł, bilet TPN siedem; kto złożył ofiarę, temu Tatry pomyślne. Życząc sobie miłego dnia, rozstajemy się na Siwej Polanie.

Na wstępie zaznaczam dwie kwestie, ważniejszą i lżejszą.

Primo. Góry zimą są niebezpieczne. Pamiętajcie, że poniższe fakty dotyczące sprzętu, tempa, czasu dotyczą konkretnej osoby w konkretnej sytuacji. Planując Wasze wyprawy zachowajcie ostrożność.

Secundo. Piszę o zimie, choć rzecz tyczy… pierwszego dnia wiosny, która w tym roku przyszła 20 marca. Warunki mnie nieco usprawiedliwiają, lecz można nie uznać. No, a za Denisem Urubką, który twierdzi, że zima w górach kończy się z lutym, to już w ogóle – prawie letni wypad.

🗻🗻🗻

Pierwszy etap prowadzi szeroką, wygodną drogą Doliną Chochołowską. Rozwijam niezłe tempo, wyprzedzając nielicznych turystów. Kijki trzymam w połowie długości, jedynie na podbiegach używając ich do podpierania. Tatry niestety schowały się za mgłą. Czasami sypnie śnieżek, panuje lekki mróz – te czynniki pozostaną bez zmian przez cały dzień. Bez większych korowodów melduję się na bezkrokusowej jeszcze polanie po 50 minutach. Przy schronisku zakładam stuptuty i dalejże na Grzesia.

Szlak jest przetarty i największym problemem staje się wyprzedzanie, gdyż miejscami ścieżka prowadzi się dość wąsko. Podziwiam życzliwość tatromaniaków, pogodnie dających drogę sapiącemu kurduplowi. Zauważmy przy tej okazji, iż na szlaku spotyka się więcej kultury niż w niejednym salonie; słowa proszę, dziękuję, dzień dobry, cześć, powodzenia brzmią często i szczerze. Las stopniowo staje się coraz rzadszy, ustępując polom śniegu. Przed samym wierzchołkiem Grześ dosyć konkretnie staje dęba, powodując skok tętna. Z ulgą gramolę się na czubek, gdzie widoczność prawie zupełnie się obraziła: na kilkanaście kroków widać. Krótką przerwę wypełnia łyk i kęs, założenie raczków oraz zamiana miejsc kijków (troki plecaka) i czekana (w dłoń). Po krótkim sprawdzeniu mapy, ruszam niebieskim szlakiem na grań Rakonia.

🗻🗻🗻

Zimą w górach, oprócz utrudnień stricte pogodowych, czyha jeszcze jedno niebezpieczeństwo: utrata orientacji. Wiele oznaczeń szlaków, tych biało-koloro-białych przyjaciół turysty, chowa się pod śniegiem. Człowiek czuje się niepewnie, ciągle sprawdzając położenie na podstawie innych czynników: konfiguracji terenu, wydeptanych śladów, słupków granicznych, kompasu, słońca i wiatru. Jeśli jednak panuje gęsta mgła, sytuacja pogarsza się. W zasadzie jedyną pomocą pozostaje kompas i przedepty, które jednak nie zawsze wyraźnie wskazują drogę. Stąd zimą należy bardzo starannie się przygotować i stale zachować czujność. Mózg pracuje na wysokich obrotach i więcej kalorii spalamy, tyle zysku.

I właśnie takie przypadłości spotykają mnie na grani. Kroczę dość niepewnie, po śladach poprzedników. Jestem na szlaku sam, a to nie podnosi morale. Żałuję, że nie ma ze mną Agnieszki; jej spokój i rozsądek są takich sytuacjach nieocenione. Pojawia się myśl o zawróceniu… Szczęściem, spotykam pierwszy wskaźnik. Jeszcze nigdy słupek graniczny nie wydawał mi się tak piękny! I zza chmur pojawia się krążek słońca – na wprost, co oznacza, iż idę właściwą drogą. Podkręcam tempo; wkrótce spotykam innych turystów i już bez większych przeszkód staję na Rakoniu. Na wierzchołku spora grupa skiturowców przeszpeja się przed dalszą drogą. Widoczność nieco się poprawia; po krótkim postoju ruszam na zdobycie 2000 m npm zimą.

Krótki odcinek doorowadza mnie na przełęcz Pod Wołowcem. Tutaj jeden jedyny raz podczas wycieczki zasłony chmur rozsuwają się. Widać Rohacze, Jarząbczy, Starorobociański i stromą kopułę Wołowca, u stóp której stoję. Chwila magiczna trwa okamgnieniem, po czym mgła zakrywa słońce już na dobre. Ruszam na ostatni etap, ostro pnąc się pod górę. Podejście wymaga nieomal wspinaczki: wreszcie kilka razy mogę użyć czekana; do podporu, ale zawsze… Po bokach czają się jeśli nie przepaście, to na pewno urwiste zbocza. Trzymam się ściśle wydeptanej rynny, nie kusząc licha. Spotykam schodzących ze szczytu; krótka wymiana informacji bardzo dodaje otuchy. Sapię, gramolę się i cieszę, że pomiaru tętna nie mam – niewiedza jest słodka. Jeszcze kilka kroków, spazmatycznych skurczów płuc i tętnic… Staję na czubku, a dwóch życzliwych ludzi wita mnie, pogodnie gratulując nizinnej ślamazarze przekroczenia kolejnej bariery. Dwa tysiące zimą moje! Dokładnie: 2064 m npm.
Na wierzchołku leży około metr śniegu. Widać to na zdjęciu, gdzie słupek zasypany jest po tabliczkę z nazwą. Na całej trasie pokrywa na ogół spora, po bokach zaspy. Na kilku fragmentach grani wystawały trawy, po za tym biało i głęboko puszyście.
Na Wołowcu widoczność słaba, na szczęście wiatr też niezbyt mocny. Próbujemy oznaczyć najbliższe szczyty, popijając obowiązkową herbatę. Trzeba przyznać, że w takim miejscu smakuje wybornie. Samopoczucie osiąga wysoki poziom; jako rzekli prorocy: jesteś w centrum wszechświata. Dotarłeś tu o własnych siłach.

🗻🗻🗻

Powrót zawsze jest lżejszy. Droga przebyta i poznana jawi się łatwiejszą. Z wielkiej kopuły szczytowej Wołowca, trochę schodząc, trochę zsuwając, melduję się na przełęczy w kilka minut. Szlak granią na północ otwiera się przede mną przyjazną linią. Ruszam żwawym truchtem. Niejeden kochający góry biegacz oddałby ćwierć pensji, aby znaleźć się w takich okolicznościach. Nawet brak panoram nie umniejsza wyjątkowości takich chwil. Przebieram nogami w miękkim śniegu mając góry naokoło. Pyszne!

Im niżej, tym więcej turystów mijam. Bardzo dużo osób przemieszcza się na nartach. Spotykam całe grupy skiturowców; ta piękna dyscyplina sportu zyskuje coraz więcej zwolenników. Ci przynajmniej nie mają problemów z zapadaniem się w kopnym śniegu.

Na Grzesiu kłębi się już mały tłum. O tej porze na ten popularny wierch ciągnie ambitniejsza stonka. Słupek ze szlakowskazem bije rekordy pstrykalności zdjęciowej. Biorę udział w tym szaleństwie, przy czym staję się nadwornym fotografem kilku sporych ekip. Mój portret wygląda najsłodziej, prawda? Mocuję czekan do plecaka, biorę kijki w dłoń i nurkuję w dół szlakiem na Polanę Chochołowską. Rozwijam mocne tempo (możecie sprawdzić na wykresie), najwięcej trudząc się przy mijaniu licznych turystów. Uprawiam coś w rodzaju slalomu, z tym, że tyczki się ruszają. Zachowuję jednak ostrożność, co pozwala mi bez większych problemów zbiec do schroniska w kilkanaście minut. Tam ściągam raczki i stuptuty, dopijam i dogryzam, po czym startuję do ostatniego etapu. Trzeba pokonać Dolinę Chochołowską w dół: siedem kilometrów z ogonkiem. Zastanawiam się, czy dogonię tatę i siostrę przed parkingiem.

Na drodze robi się krupówkowo. Szczekają, piszczą, wpadają pod nogi psy, dzieci, sanki, wózki, białe botki i różowe kurteczki. Niezła zabawa! Czuję w nogach trudy wycieczki, lecz nie odpuszczam sobie, utrzymując tempo szybciej niż 6’/km. Na tej trasie natykam się też na rarytasy: dwóch biegaczy i rowerzystę. Cały ten rozgardiasz wygląda bardzo, ale to bardzo nieepidemiologicznie. W górach nawet wirus schował się za mgły.

🗻🗻🗻
Kilometr przed Siwą Polaną spotykam rodzinę. Siadając na spokojnie do jedzenia i picia odczuwam, jak bardzo jestem zmęczony, przepocony i pachnę inaczej. Duszę moją przepełnia jednak szczęście. Głowa, płuca i mięśnie spisały się na medal. Sprzęt zdał egzamin na szóstkę (polecam sklep górski Wierchy!), a memento mojego melepeciarstwa to fakt, iż nie ściągnąłem z czekana plastikowych osłon na ostrza. Żadna nie zginęła, a ze mnie taki turysta…

Jeźdzcie w góry, kiedy tylko możecie; są piękne o każdej porze.

🗻🗻🗻

Łukasz Klaś

4 thoughts on “Tatrowanie zimą.

  1. Hip hip hurra, hip hip hurra dla bohatera! Super sie czytało jak zawsze. Przez chwilę powialo nawet groza. Wyobrażam sobie cudowne widoki i mgły które pokrywają wszystko wokol. Magiczna wyprawa. Cos wspaniałego. Gratulacje za wytrwalosc i zdobycie tak zacnego szczytu Łukasz w trudnych warunkach. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *